Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image
Do góry

Top

Nie skomentowano

Żołnierskie wspomnienia

Żołnierskie wspomnienia

Nad nami płynie Orzeł Biały,
biało – czerwony sztandar nasz,
na pole walki, pole chwały,
dywizjo nasza – prowadź nas!

Mój dziadek, który służył w Legionach Piłsudskiego, w 1918 r. zginął w walkach pod Kijowem, w wojnie polsko – bolszewickiej. Po tym wydarzeniu moja babka dostała we wsi Marcelówka koło Podhajec, w woj. tarnopolskim 8 ha pola i tam wraz z rodziną zamieszkała. 10 lutego 1940 r. wszystkich „Piłsudczyków” wywieziono stamtąd na Sybir.

Urodziłem się 10 września 1924 r. w Podhajcach w osiedlu należącym do wsi Marcelówka. Wraz z rodzicami i rodzeństwem zostaliśmy wywiezieni do Bierozowska (woj. Świerdłowskie, obecnie Jekaterynburg). Ponieważ opiekowałem się rodzeństwem, skończyłem tylko siedem klas szkoły podstawowej, znajdującej się w Podhajcach, dwa kilometry od Marcelówki. Lekcje „odrabiałem” często „w marszu” – przez te dwa kilometry uczyłem się wierszyków, które do dziś pamiętam, i jako pierwszy zgłaszałem się do odpowiedzi, deklamując pierwsze zwrotki, bo następnych już nie miałem czasu się nauczyć. W 1942 r. w Świerdłowsku, byłem już w pociągu, pełnym żołnierzy udających się do Taszkientu, gdzie formowała się Armia Andersa. Po gwiździe ruszającej lokomotywy mój ojciec rozpłakał się i powiedział do mnie z wyrzutem: – Zostawiasz mnie samego z dziećmi – ja sobie nie dam rady! Ponieważ matka była ciężko chora a ojciec też był schorowany – wyskoczyłem z pociągu – i zostałem z rodziną. Po roku, gdy miałem 19 lat, dostałem wezwanie na komisję wojskową i zostałem wcielony do I Armii Wojska Polskiego, do I Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, która formowała się w Sielcach nad Oką. Mój szlak bojowy prowadził od Lenino do Berlina. Na terenie Polski przeszliśmy przez Chełm, Puławy, Dęblin, Warszawę – Pragę, Bydgoszcz i Wał Pomorski.

Początek mojej walki frontowej –to bitwa pod Lenino w dniach 12 i 13 października 1943 r. Po trzymiesięcznym szkoleniu w obozie w Sielcach nad Oką, wieczorem 31 sierpnia 1943 r. moja bateria wraz z drugim batalionem Pierwszego Pułku Piechoty opuściła obóz, udając się piechotą do stacji kolejowej Rybnoje. Następnie transportem kolejowym ruszyliśmy na zachód, najkrótszą drogą na front. Działa i wozy były załadowane na platformach kolejowych, a żołnierze jechali w krytych wagonach. Na platformach i dachach wagonów ustawione były cekaemy i rusznice przeciwpancerne. Broń była gotowa do odparcia niespodziewanego ataku samolotów niemieckich. Na szczęście nalotów nie było. Po trzech dniach podróży minęliśmy miejscowość Wiaźnię i przed wieczorem nasz transport zatrzymał się w maleńkiej, rozbitej stacji kolejowej Siemlewo. Szybko rozładowaliśmy wagony i rozlokowaliśmy się w pobliskim lesie. Wszystko odbywało się w strugach deszczu, żołnierze byli przemoczeni. Nasz rejon postoju znajdował się w pobliżu frontu, w miejscowości Stiepankowo i koło rzeki Wiaźmy. W tym lesie jeszcze niedawno było obozowisko wojsk niemieckich, a następnie Armii Radzieckiej. Dlatego nasza jednostka mogła wykorzystać ziemianki i inne obiekty ochronne. Pracowaliśmy do samej nocy, by przygotować nowe ziemianki i uporządkować pozostawione. Docierały do nas pobliskie odgłosy wybuchów bomb lotniczych i ognia artylerii. Zagrożeniem były pozostawione przez Niemców duże ilości amunicji, min oraz broni i sprzętu.

23 września po obiedzie otrzymaliśmy rozkaz zwijania obozu. Bateria w szyku marszowym wyszła na drogę wiodącą na zachód. Działa ciągnęły konie – jedną armatę – cztery konie. Cały czas padał ulewny zimny deszcz i wiał wiatr. Jednak pomimo takiej aury, nastroje maszerujących żołnierzy były znakomite – żartowano i dogadywano sobie. Mijane wioski i miasta przedstawiały przerażający widok – były spalone, rozbite i wyludnione. Gdy pogoda się poprawiła, hitlerowskie lotnictwo wzmogło naloty, ciągle trzeba było się kryć i maskować. Zbliżaliśmy się do linii frontu.
9 października nasza dywizja przybyła na wyznaczony rejon. Nasz pułk rozmieścił się w rejonie wsi Pankowo. Pierwsza linia frontu przebiegała w odległości ok. 7 kilometrów na zachód. Po przybyciu na wyznaczony teren żołnierzom, po kąpieli, uzupełniono umundurowanie. 10 października 1943 r. cały pułk przygotował się do Mszy św. i spowiedzi. Żołnierze przygotowali ołtarz polowy zamaskowany w zaroślach. Mszę św. odprawiał kapelan ks. mjr Kubsz. W czasie mszy dokonano spowiedzi powszechnej. Był to ostatni fakt przygotowania żołnierzy do pierwszej bitwy – do „chrztu bojowego”. Każdy żołnierz otrzymał 100 g wódki, pół kg białego świeżego chleba oraz podwójną porcje konserwy (20 dkg) – amerykańskiej tzw. tuszonki i papierosy.

W moim przypadku taki przydział był kłopotliwy, bo alkoholu nie piłem i nie paliłem papierosów. Przydział swój zawsze oddawałem kolegom, ale potem zawsze były pretensje, dlaczego podzieliłeś się z nim, a nie ze mną? W czasie posiłku pierwszy raz obserwowałem walkę powietrzną samolotów radzieckich i niemieckich, która zakończyła się lądowaniem dwóch niemieckich bombowców na naszym terenie i wzięciem załogi do niewoli. W jednym z samolotów strzelcem ogonowym była kobieta, która nawet po wylądowaniu strzelała do naszych żołnierzy. Wtedy padł rozkaz zniszczenia samolotu, maszyna zaczęła płonąć; jeden pilot zginął, drugi pilot i kobieta ocaleli. W międzyczasie dowództwo niemieckie, które zlokalizowało polską dywizję podjęło akcję propagandową, zasypując nas ulotkami, napisanymi po polsku i rosyjsku, namawiając żołnierzy do poddawania się i przechodzenia na stronę niemiecką – ochotnicy mieli trzymać ulotkę wysoko w górze i krzyczeć: Stalin kaput! – każdy żołnierz który podda się będzie dobrze traktowany i będzie miał zapewnione dobre warunki.
Wieczorem po zmroku z 11 na 12 października 1943 r. żołnierze zostali rozlokowani na stanowiskach bojowych, na których musieli się okopać i zabezpieczyć przed ogniem nieprzyjaciela i przygotować się do porannego natarcia. 12 października po północy, kiedy wszystko było gotowe, żołnierze śpiewali różne pieśni – o losie żołnierza, o tęsknocie za bliskimi, o mogile żołnierza, nad którą tylko czasem słowik zaśpiewa i odleci, a mogiła pozostanie nieznana rodzinie… O świcie 12 października przed rozpoczęciem ostrzału pozycji wroga z magnetofonów naszej radiostacji popłynęła „Rota”. Potem rozpoczęła się kanonada artylerii – ostrzeliwanie pozycji wroga.

Po wystrzeleniu 20 pocisków piechota ruszyła do ataku. Moja bateria otrzymała namiar i zaczęliśmy ostrzał celów „zakrytych” wroga. Potem rozpoczęliśmy przemarsz za piechotą. Po przejściu kilkunastu metrów zostaliśmy zbombardowani. Zginął wtedy jezdny kanonier Bolesław Jahołkowski, zginęły dwa konie, a dwa spłoszone uciekły. Po nalocie ruszyliśmy do przodu w stronę rzeki Mierei. Po przejściu przez rzekę zaczęliśmy zajmować pozycje na stoku pagórka. Stał na nim uszkodzony czołg naszej piechoty, miał zerwaną gąsienicę. Załoga cały czas strzelała do Niemców, którzy starali się zniszczyć go nalotami samolotów, ale bomby nie trafiały w czołg, tylko spadały na naszą baterię. Ciągłe bombardowanie przez cały dzień uniemożliwiało przygotowanie baterii do walki. Przed wieczorem 12 października otrzymaliśmy rozkaz wycofania się na pozycję wyjściową. Naszą pozycję zajął 3 Pułk Piechoty. W czasie odwrotu baterii zostaliśmy ponownie zbombardowani. Znajdowaliśmy się w dolinie rzeki Mierei, teren był grząski, podmokły i torfiasty. Konie ciągnące działo grzęzły, wybuchy bomb i pocisków wyrzucały w powietrze fontanny błota i torfu. Armaty, konie i ludzie byli oblepieni błotem i torfem, żołnierze wyglądali jak jakieś zjawy. Tam został ranny kanonier Jan Roszkowski, trzeba go było ratować. Został położony na lawecie, wtedy znowu nadleciały samoloty wroga, zaczęliśmy się kryć. Jedna bomba trafiła w działo, na którym był nasz kolega. Wszystko poszło w strzępy, po koledze nie zostało ani śladu… Amunicja w jaszczu działa zaczęła wybuchać, trzeba było uciekać. Dobiegłem do ogrodzenia sadu, przeskoczyłem je i błyskawicznie przylgnąłem do ziemi, tuż obok słupka ogrodzenia. Wtedy poczułem mocne uderzenie w plecy. Chcąc sprawdzić, co się stało, powoli przesuwając rękę wzdłuż ciała natrafiłem na tak gorący odłamek bomby, że aż poparzyłem sobie rękę. Sprawdzając dalej wyczułem, że na moich plecach leży słupek ogrodzenia, przy którym się schowałem, a który został ścięty odłamkiem – słupek ocalił mi życie.
Nalot ten był dla nas tragiczny – bateria znalazła się w rozsypce, przez całą noc nie mogliśmy się odnaleźć. Zapadał zmierzch, naloty ustały. Kierowałem się do swojej baterii, ale idąc w tym kierunku nikogo nie spotkałem. Co krok potykałem się i przewracałem, bo teren był pokryty lejami po bombach, zwałami ziemi i gałęziami krzewów. Byłem już bardzo zmęczony po całodziennym trudzie, chciałem się przespać. Szukając jakiegoś odpowiedniego miejsca natknąłem się na leżącego żołnierza, pomyślałem, że ponieważ kolega już śpi, to położę się obok niego, by było trochę cieplej. Usnąłem, w nocy obudziło mnie przejmujące zimno. Rano okazało się, że spałem obok nieznanego mi martwego żołnierza.

13 października rano moja bateria pozbierała się; oszacowano straty: sześciu zabitych, wśród nich był kanonier Pociej Kuśnierz, dwunastu rannych, rozbite zostało moje działo, zginęły cztery konie. Lufę załoga działonu musiała przynieść, by nas nie posądzili, że uciekając pozostawiliśmy ją na polu walki. Pojechaliśmy więc z woźnicą Klimkiem i czterema kanonierami i pod silnym ogniem nieprzyjaciela który atakował nas z przedpola wsi Posłuchy, ukradkiem udało nam się wywlec lufę do zamaskowanej furmanki. Lufę zdano natychmiast do warsztatów dywizyjnych uzbrojenia, gdzie kompletowano sprzęt bojowy. Niemcy nie zaprzestawali bombardowań, by wywołać przerażenie rzucali, co tylko mieli, nawet poprzestrzeliwane beczki po benzynie i smarach, osie z traktorów, to wszystko wyło i gwizdało. Następnie ruszyliśmy na nasze pozycje wyjściowe, teren był dobrze zamaskowany, pokryty zaroślami i drzewami. Bitwa trwała nadal, nasze pozycje bojowe zajął 3 Pułk Piechoty. Samoloty niemieckie nadal latały bezkarnie, nie było żadnej obrony przeciwlotniczej, w czasie walki nie pojawił się żaden samolot radziecki. W nocy nasza dywizja została zluzowana przez oddziały radzieckie, przeszliśmy do wsi Budy, 8 km od pierwszej linii frontu. 14 października wycofano moją baterię do miejscowości Sołotwina, pod Smoleńskiem, 15 kilometrów poza linię frontu. Na tym zakończył się pierwszy etap mojej walki z wrogiem pod Lenino.

Przypomnę jeszcze parę epizodów z mojej odysei wojennej. 15 lipca 1944 r. stacjonowaliśmy w lesie pod Chełmem, między Skierniewicami a Zdołubnowem (Ukraina). Przeprowadzaliśmy ćwiczenia – strzelanie do poruszającej się makiety niemieckich czołgów. W międzypułkowym współzawodnictwie strzelaliśmy jako trzeci pułk, poprzednie strzały pułków były nieudane. Strzeliłem dwa razy – za każdym razem trafiłem, ale dopiero za trzecim strzałem (po odkręceniu zabezpieczenia spłonki pocisku) czołg rozleciał się na strzępy. Generał Zygmunt Berling, który wraz z całą generalicją przyglądał się z zaciekawieniem naszej rywalizacji, wezwał mnie do siebie; koledzy z radości zanieśli mnie na rękach. Wtedy generał Berling, który miał dobrą pamięć rozpoznał mnie – kiedyś podczas inspekcji zobaczył mnie, ciężko chorego na malarię (stan był tak ciężki, ze lekarz powiedział mi wtedy – bez jednego żołnierza wojna i tak się odbędzie) – i natychmiast rozkazał: musicie się nim zaopiekować, może przeżyje wojnę i będzie z niego dobry obywatel. Teraz, w nagrodę za mój precyzyjny strzał wręczył mi 700 rubli. Wtedy podbiegł do mnie jakiś człowiek i zaczął mnie z nieukrywaną radością obejmować: – Adam nie poznajesz mnie? Okazało się, że to pilot wojenny – kolega z Syberii, z którym pracowałem w kopalni w Bierezowsku. Gdy gen. Berling się o tym dowiedział kazał od razu w nagrodę „przewieźć” mnie samolotem. Kolega zaczął się popisywać – wykonał w powietrzu beczkę i korkociąg, dopiero po wystrzeleniu ostrzegawczej rakiety wylądował.

W dniach 28 – 29 lipca 1944 r. nasz pułk został skierowany z Puław do Dęblina, gdzie stoczyliśmy zaciętą walkę z nieprzyjacielem, wspierając karną kompanię piechoty, która jako odkupienie win, miała za zadanie przeprawić się przez most kolejowy nad Wisłą i uchwycić przyczółek na lewym brzegu rzeki. Akcja ta powiodła się pomimo zaciętego oporu Niemców, którzy zmasowanym ogniem z cekaemów i artylerii ostrzeliwali most. Przyczółek mimo powodzenia akcji nie został utrzymany. Żołnierzom karnej kompanii zabrakło amunicji. Kompania została zdziesiątkowana. Pozostali przy życiu, z wielkim trudem zostali wycofani. W tej walce ja swoim działem zniszczyłem dwa gniazda cekaemów, z których Niemcy zaciekle ostrzeliwali most, zabijając żołnierzy atakujących, a później wycofujących się. Dodatkowym utrudnieniem było to, że walka odbywała się w nocy i trudno było zlokalizować cel. Ja do lokalizacji celów wykorzystałem tor lotu pocisków świetlnych cekaemów. Po zakończeniu bitwy w Dęblinie, dowództwo doceniło moją wyjątkową odwagę, za to, że nie zważając na ogień nieprzyjaciela, zdołałem zachować zimną krew i skutecznie zniszczyłem punkty oporu – zostałem odznaczony brązowym medalem „Na Polu Chwały”.

Dnia 7 sierpnia 1944 r. nasz pułk skierowano do Puław, gdzie zlikwidowano znaczne siły osobowe niemieckie. 21 sierpnia skierowano nas w okolice Karczewa, a następnie przez Otwock w pobliże Pragi – lewobrzeżnej części Warszawy. Z 6 na 7 września moja bateria została skierowana na nowe pozycje w Międzylesiu. 10 września w dzień moich dwudziestych urodzin, ruszyliśmy do natarcia na Pragę. W chwili rozpoczęcia natarcia przeżegnałem się i powiedziałem do kolegów: – Jeżeli mi się uda przeżyć dzisiejszy dzień, to może mi się uda przeżyć do zakończenia wojny. Udało się…

Bitwa o Pragę była bardzo zacięta. Linia bitwy przesuwała się do przodu i po chwili znów cofała się pod naporem sił niemieckich. Moje działo zostało ustawiona na tzw. Koziej Górce (wzgórze z ogródkami i lasem), w pobliżu toru kolejowego. W pewnym momencie zaczęły nacierać czołgi niemieckie. Jeden z nich zbliżał się w kierunku mojej pozycji. Szczęściem moim było to, że działo ustawiłem za dość dużym głazem, który jak się okazało skutecznie je chronił i moją załogę także, a ja mogłem strzelać do czołgu. Czołg zbliżając się do mojej pozycji w odległości 300 – 500 m okopał się tj. wykonał obrót na jednej gąsienicy, co na piaszczystym podłożu spowodowało jego zagłębienie się, aż po wieżyczkę. Widać było tylko lufę i wieżyczkę, W takiej pozycji czołg był trudny do zniszczenia, bo można było strzelać tylko do wieżyczki, od której pociski odbijały się rykoszetem. Pociski z czołgu rozbijały się o kamień chroniący moją pozycję. Pojedynek trwał, wystrzeliłem kilkanaście pocisków do czołgu, a czołg dalej strzelał do mnie. W pewnym momencie czołg skierował lufę w kierunku innego stanowiska ogniowego – działa przeciwpancernego kaliber 45 mm – skąd też strzelano do niego. Stanowisko tego działa zostało zniszczone – dwóch żołnierzy zabitych, działo stanęło w płomieniach. Ale z chwilą, gdy czołg zmienił pozycję – odsłonił bok wieżyczki, był to nareszcie dobry cel. Wystrzeliłem, strzał był trafny, czołg znieruchomiał. Dowódca palącego się działa z desperacją nadal strzelał. Czołg stanął w płomieniach. Po tej akcji zaczęliśmy się przesuwać w kierunku Wisły, w pobliże Mostu Kierbedzia i wtedy podszedł do nas cywil, elegancko ubrany, w czarnym garniturze – jakby szedł na jakąś uroczystość – i poinformował nas, że w pobliżu, w szopie na drzewo stoi zamaskowany niemiecki czołg. Jak tylko cywil pokazał ręką, gdzie to jest, z czołgu nagle padł strzał. Zginął ten cywil i dwóch żołnierzy, trzech zostało rannych, zniszczone zostało działo kal. 45 mm. Ja w tym czasie, przeczuwając zagrożenie, oddaliłem się z tego miejsca i przeżyłem… Czołg niemiecki wyjechał z szopy, skierował się w stronę miasto i spokojnie przejechał na drugą stronę przez most kolejowy. W nocy nękały nas wielokalibrowe działa kolejowe. Na domiar złego ostrzelały nas radzieckie „katiusze”. Po zdobyciu Pragi zostaliśmy skoszarowani w lesie pod Pragą, w Koziej Górce – Glinki, gdzie odpoczęliśmy.

W dniu 18 września nad Warszawę przyleciało kilkadziesiąt samolotów alianckich z zrzutami dla powstańców. Dokonywano ich z dużej wysokości. Artyleria niemiecka gęstym ogniem strzelała do samolotów, żadnego jednak nie trafiono. Spadochrony rozpraszały się, niestety w większości spadły na pozycje niemieckie i do Wisły. Nieprawdziwa jest informacja, że przed wyzwoleniem Pragi mosty zostały wysadzone, czym tłumaczono brak możliwości wsparcia Powstania Warszawskiego przez Armię Czerwoną. Dopiero w nocy z 15 na 16 września mosty na Wiśle zostały wysadzone przez Niemców. W czasie przylotu samolotów alianckich dowództwo, tak polskie, jak i radzieckie popadło w konsternację, bo nie wiedzieli, co się dzieje. Sądzili, że to jest aliancki desant wojskowy dla obrony Warszawy.

Po wypoczynku nasz pułk został skierowany w kierunku Jabłonna. W walkach o Pragę mój pułk, dowodzony przez podpułkownika Bazylego Maksymczuka poniósł dotkliwe straty: 160 zabitych, w tym 16 oficerów, 37 podoficerów, 107 szeregowych, 73 zaginionych, w tym 18 podoficerów i 55 szeregowych, 472 żołnierzy zostało rannych, w tym 40 oficerów, 128 podoficerów i 304 szeregowych. W sumie pułk stracił 705 ludzi, z załogi liczącej 1 800 żołnierzy, którzy 10 września ruszyli na zdobycie Pragi. Bitwa o Pragę, była drugą bardzo ciężką bitwą, po bitwie pod Lenino, ale była inna ze względu na zabudowę terenu i morale żołnierzy – biliśmy się bezpośrednio o naszą stolicę. Po zakończeniu działań wojennych nasz pułk otrzymał imię „Pułk Praski”.
Muszę dodać, że po zdobyciu Pragi gen. Zygmunt Berling, dowódca Dywizji im. Tadeusza Kościuszki, bez porozumienia z dowództwem radzieckim, wysłał kompanię wojska polskiego z II Pułku Piechoty na pomoc powstańcom warszawskim w celu nawiązania łączności. Wtedy natychmiast dostał rozkaz wycofania kompanii i pozbawiono kompanie jakiegokolwiek wsparcia. Byli to ochotnicy. W rezultacie kompania została zdziesiątkowana i niewielu żołnierzy wróciło. Generał Berling został za tą decyzję usunięty ze stanowiska i dostał areszt domowy. Wtedy jego miejsce zajął radziecki generał Stanisław Popławski, oddelegowany do armii polskiej.

Nad Zalewem Szczecińskim, w miejscowości Kopice i Czarnocin doszło do potyczki z niemieckim okrętem wojennym. W wyniku ostrzału naszych pozycji przez działa okrętu doznaliśmy poważnych strat, a mnie w głębokim dole okopowym przysypała ziemia. Wybuch był tak głośny, że do tej pory słyszę „dzwonienie w uszach”. Dzięki przytomności kolegów żołnierzy zostałem szybko odkopany i dopiero po kilkakrotnej próbie reanimacji przywrócono mnie do życia. Jestem za to bardzo wdzięczny, szczególnie koledze Mieczysławowi Piwowarczykowi z Miechowa, który metodą „usta – usta” – sztuczne oddychanie – przywrócił mnie do życia – mogłem więc dalej walczyć i zdobywać Berlin.

Na tym moja wojenna droga nie skończyła się. Trwała jeszcze parę miesięcy i zakończyła się zdobyciem Berlina. Jest to tylko mały wycinek walk żołnierza polskiego o wolność Ojczyzny; prowadziły nas hasła: „Za wolność waszą i naszą” i „Za wolną, niepodległą, suwerenną Polskę.”

Adam Broniecki

O autorze
Adam Broniecki – sybirak, trzebniczanin, porucznik Wojska Polskiego, uczestnik II wojny światowej, żołnierz I dywizji im. Tadeusza Kościuszki – I Pułku Piechoty. Był artylerzystą baterii pułkowej kaliber 76 mm. Za udział w walkach wielokrotnie odznaczony, m. in. otrzymał Krzyż Kawalerski Odrodzenia Polski, dwa razy brązowy krzyż „Waleczny na polu chwały”, 3 medale brązowe „Za walki na polu chwały”, za bitwę pod Lenino, bitwę za Warszawę i bitwę o Berlin – medal brązowy i krzyż brązowy polski i radziecki.

Skomentuj