Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image
Do góry

Top

Nie skomentowano

W cieniu bazyliki

W cieniu bazyliki

Dziś prezentujemy niepublikowany dotąd tekst popularnego niegdyś wrocławskiego pisarza i dziennikarza radiowego Romualda Cabaja, poświęcony szeroko pojętej kulturze w Trzebnicy.

W niektórych aspektach życia społecznego wiele się w Trzebnicy od lat 50-tych zmieniło. W innych, czytając reportaż Cabaja, można odnieść wrażenie, że czas jednak zatrzymał się w miejscu…

Swoje pobyty w nieznanych mi, starych miastach, lubię zaczynać od… zwiedzania kościołów. Szukam w nich tradycji, a kiedy znajduję się wśród smukłych kolumn nakrytych sklepieniami pozałamywanymi w ostre, gotyckie płaszczyzny, kiedy spojrzę na epitafia wmurowane w ściany, czuję się jak geolog, który odtwarza przeszłość ziemi z warstw kamieni i rzeźbionych łupków… Wiem, jakie pokolenie przyniosło do świątyni swe dzieła najpiękniejsze. I chociaż wszystko, co najznakomitsze – nasi przodkowie oddawali Bogu – przecież dzisiaj mogę na te rzeczy patrzyć swoimi świeckimi oczyma. Zostały bowiem przy nas i dla nas.

Niedawno byłem w Trzebnicy. Wiem, że metryki tego miasta pisała ręka zaopatrzona w gęsie pióro maczane w butli inkaustu, że cierpliwym, mozolnym trudem składała litery podobne do gotyckich ornamentów i że wreszcie – na karcie pergaminu rozkwitały z tych liter słowa i zdania łacińskie. Było to dziewięć wieków temu. Ale oto szedłem ulicą dzisiejszej Trzebnicy. Miasteczko nieduże, zaniedbane i bardzo zniszczone. W późno jesiennych ogródkach nie został ani jeden „stary, oślepły słonecznik”. Na grządkach, gdzieniegdzie bielały płaty tynku odłuskane z murów. Trzeba by się bardzo oddalić od tych stron, żeby pomylić te odpryski wapna – z kwiatami. Ale to nie jest ani łatwe, ani możliwe. Ktoś tu musi zostać. Na miejscu. Przy ruinach od lat nietkniętych ani kilofem, ani murarską kielnią – i – pozwólmy sobie również na marzenia: musi tu ktoś zostać przy planach odbudowy, którą przyrzekał miejscowy Komitet Frontu Narodowego i którą być może, kiedyś zacznie nawet realizować…

Zszedłem w głąb zniszczonych uliczek, zgubiłem z oczu wieżę bazyliki. Zapytałem przechodnia o drogę. Poinformował mnie rzeczowo i uprzejmie. Po chwili wkraczałem w progi kościoła. Jest tutaj nastrój tak charakterystyczny dla wszystkich starych, omroczniałych świątyń. Jest sarkofag z czarnego marmuru z postacią wykutą w białym głazie. Śliczna święta Jadwiga trzyma w smukłej dłoni kamienny model ufundowanego przez Henryka Brodatego kościoła i klasztoru. W ścianach tlą się przygaszonym ogniem błękitów i czerwieni – stare obrazy bezimiennych mistrzów. Jak drogowskazy nieruchomieją w półokrągłych niszach rzeźby kamienne i drewniane.

Jest również legenda, żywa jak źródło: w podziemiach bazyliki, pachnących wilgotną zielenią, można czerpać wodę ze studni, która uratowała życie „Xsiążęciu” Henrykowi Brodatemu, gdy się w czas łowów od swej drużyny zanadto oddalił. Dzisiaj to miejsce przynęca nie tyle miłośników legendy – bo czas nasz klechdy nie lubi – ile ludzi niecierpliwych. Czerpią wodę, napełniają nią butelki i … w białe ściany, niczym w księgę zażaleń, wpisują swe natarczywe prośby lub zbyt ciężkie dla człowieczych ramion, kłopoty: „Święta Jadwigo, koniecznie dopomóż mi w nauce”. Albo: „Po raz ostatni proszę o opiekę nad synem”…

Kręte, kamienne schodki wyprowadzają mnie z powrotem do Trzebnicy oderwanej od tradycji i legendy. Po prostu: do miasta zapomnianego i zaniedbanego, które jednak „jakoś” egzystuje, o czym przekonują chmury dymu sączące się z kominów, lub brzęczenie dzwonków zamieszczonych nad drzwiami paru sklepów, gdy na progu stanie kupujący.

W oczach mam jeszcze pełno kolorowego cienia bazyliki. Zatrzymuję przechodnia pytaniem:
– Czy u was jest „Dom Kultury”?
Obywatel trzebnicki patrzy na mnie z politowaniem.
– Pan nie tutejszy… – zgaduje błyskotliwie, po czym odpowiada: – Był… to znaczy: jest, ale nie ma pan tam po co iść. Bazylika nasza piękniejsza.
– Właśnie wyszedłem z bazyliki i chciałbym porównać… jakby to powiedzieć? Dwa gatunki piękna. Dwa gatunki ludzkiej działalności służącej kulturze…
– Nie znam się na tym – rozprasza moje wątpliwości trzebnicki przechodzień. – A poza tym nie ma co porównywać, to fakt. Zresztą niech pan sam sprawdzi… – wyciąga ramię, tłumaczy: – Pójdzie pan prosto, potem na lewo i znowu prosto. To już tam będzie…

Szedłem zgodnie ze wskazówką i po paru minutach zatrzymałem się przed obszernym, piętrowym budynkiem, na którym wisi wspaniały szyld: „Dom Kultury Powiatowej Rady Narodowej w Trzebnicy”. Dobrze mnie usposobiła do tego Domu „brama na wciąż otwarta”. Przeszedłem przez próg, myśląc, że jednak mój nieznany rozmówca… przesadził. Rozejrzałem się. Korytarz był czysto zamieciony, ściany ozdobione malowidłami „ręcznej roboty”, na dykcie. Przyznam się, że to malarstwo osłabiło mój optymizm. Jest to bowiem okropne, plastyczne „nic”, które jednak coś wyraża. Wyraża na przykład nędzę wczorajszej polskiej wsi – i szczęście wsi dzisiejszej, uspółdzielczonej, składającej się: po pierwsze : z domów krytych plastikową dachówką, po drugie: z elektryczności w oknach, po trzecie: ze słupów wysokiego napięcia, po czwarte: z traktorów orzących ziemię, w odróżnieniu od tamtej, szarej przed wojną – teraz połyskliwie czarną. Postawiłem w myślach jeden zarzut obrazowi: ten mianowicie, że nie ukazuje rozkwitu i owocowania kukurydzy. Autora nie obronił przed moją zjadliwością nawet ten fakt, że namalował przecież dopiero samą orkę. Z pretensją do sztuki malarskiej wspiąłem się po schodach na piętro i zacząłem wędrówkę od drzwi do drzwi. Wszystkie były jednak zamknięte. Z dużej sali widowiskowej dobiegało echo namiętnej dysputy. Dowiedziałem się później, że odbywało się tam zebranie wyborcze Komitetu Powiatowego Partii.

Z „błędnego koła” wyprowadziła mnie grupa młodych ludzi, którzy tu właśnie przyszli.
– Za robotą nie emigrujemy do Wrocławia, jak większość naszych obywateli – tłumaczą – to i wolnego czasu jest więcej. To się tak przychodzi z przyzwyczajenia do tego Domu. Czasami można pograć w szachy. Czasami można popić. Pcha się.
Zachichotali przewrotnie, jeden drugiego szturchnął łokciem w bok. Spojrzeli mi w oczy zaczepnie, gdy powtarzałem – niezbyt dobrze rozumiejąc – ich słowa: – Popić? Tutaj? W Domu Kultury?
– A cos Pan myślał? Że nie? Tylko kierowniczka może? Nam to nawet bardziej wypada i ludzie się tak nie gorszą, jak pijanego chłopa zobaczą. Więc się robi tak… Butelkę w kieszeń, lokal – nie powiem: niczegowaty – no i lu!
Zdawało mi się, że z oczu wychyla im się podchmielona czerwień. Zdradziła mnie twarz: uśmiechnęli się współczująco, wyjaśnili:
– Tylko spokój może nas uratować. Pana także. Dziś jeszcze niceśmy z tych rzeczy w ustach nie mieli. Jak przyjdzie wieczór, to co innego, choć nie wiemy jak to dziś będzie, bo dziś pani Barden z całym personelem do Wrocławia pojechała…
– Pani Barden to kierowniczka Domu Kultury?
– Tak. A przed nią był niejaki Chlebny. Także pił na potęgę i także z boską pomocą kupę dobrej roboty rozłożył…

Pożegnałem się szybko z chłopakami, choć wyrażali wielka ochotę do pogawędki. Kochali skandale, a ja nie chciałem im w tej miłości pomagać. Zdobyłem wiadomości, potwierdzające w zasadzie informację mojego pierwszego rozmówcy, że „Domu Kultury nie ma, to znaczy jest”. Z relacji młodych ludzi wyłaniał się obraz skandaliczny: oto ustępuje z kierownictwa placówki kulturalnej małego miasteczka – alkoholik, a jego miejsce zajmuje… ale nie uprzedzajmy faktów. Nie wiem, czy informacje są prawdziwe, czy nie podyktowała ich pospolita „zadra” lub może bardziej wyrafinowana „zadra psychiczna”. Muszę to wszystko sprawdzić.

Rozmawiałem potem z wieloma mieszkańcami Trzebnicy. Byli wśród nich również ludzie, którzy przez pewien czas pracowali w Domu Kultury. Odeszli, ponieważ nie mieli sił ani ochoty, by walczyć o dobra oczywiste – z ludźmi, zobowiązaniami do udzielania pomocy muzykom czy opiekunom grup tanecznych: z kierownikami Domu Kultury: z panem Chlebnym, a później z panią Ewą Barden.

Moi rozmówcy potwierdzili zarzuty. Poszerzyli je nawet o sprawy, których nie chcę tutaj wymieniać, uważając, że należą do tego gatunku własności, który nie podlega parcelacji nawet zatroskanej uwagi, Mówiąc o sprawach zasadniczych, moi informatorzy stwierdzili językiem precyzyjnym, z ostrością nie osłaniającą ostrych faktów: w tej chwili trzebnicki Dom Kultury jest ponurą fikcją. Nie tylko nie umie przyciągnąć ku sobie wałęsającej się młodzieży i ludzi dorosłych, dla których noce spędzone we własnych mieszkaniach, są puste i dotkliwie bezbarwne. Nie tylko nie przyciąga – owszem: działa aktywnie: odpycha. Mieszkańcy Trzebnicy mają ambicje. Wspominają własny Zespół Pieśni i Tańca, emocjonują się dziś jeszcze występem swoich artystów na scenie Opery Wrocławskiej, Ale Zespołu już nie ma. Rozleciał się. A trzebniczanie dyskutują namiętnie potrzebę Domu Kultury. Przywołują jako argument nie do odparcia, przykład znakomicie działającego zespołu, którym kieruje przy spółdzielni wielobranżowej, pani Nella Stępińska i pan Bolesław Pachciarz.

Na koniec wszyscy zwrócili się do mnie z apelem: – Niech pan pomoże, bo my tu chcemy żyć piękniej niż do tej pory. Stać nas na to, mamy zdolną młodzież i zapalonych fachowców, którzy podejmą się „dzieła naprawy”… Nie możemy jednak, w tych warunkach, jakie są…

Piszę więc ten reportaż, choć inne miałem zamiary. Pragnę dopomóc, choć nie przeceniam wcale siły radiowej fali. Myślę jednak, że mój głos dojdzie do ojców miasta i powiatu trzebnickiego. Że zechcą wnikliwiej przedyskutować działanie instytucji, której ofiarowali własną firmę, że zechcą poświęcić jej bardziej wyostrzoną uwagę niż ta, jaką poświęcili Domowi Kultury na ostatniej sesji PRN.

W tym tylko powinna wyrażać się moja pomoc. Reszta należy do was, którzy zdobyliście się na bunt przeciw brzydocie własnego życia w Trzebnicy. A jeśli to nie pomoże, to chyba wspólnie zejdziemy w podziemia bazyliki i do wielu niecierpliwych próśb wypisanych na białych ścianach, dołączymy jeszcze jedną: “Święta Jadwigo, dopomóż Trzebnicy w walce o nowy kształt jej życia kulturalnego…”.

KONIEC

 

Romuald Cabaj (ur. 10 maja 1921 w Nowym Sączu, zm. 9 października 1968 we Wrocławiu) – prozaik, reportażysta, autor słuchowisk radiowych. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim; od 1946 r. był redaktorem wrocławskiej rozgłośni Polskiego Radia, kierownikiem redakcji literackiej (1950-67). Jego debiut prasowy miał miejsce w 1947 roku, książkowy natomiast w roku 1955 (Ballada bolkowska). W latach 1951-1968 był członkiem Związku Literatów Polskich, opiekował się tam młodymi pisarzami. Jest autorem około 1000 audycji radiowych oraz powieści i opowiadań, m.in. Prawdziwe nieprawdziwe (1955), Trzebienie lasu (1967). Otrzymał nagrodę literacką miasta Wrocławia w 1956 r.

Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów zabronione. Korzystanie z serwisu i opublikowanych w nim utworów i/lub danych wyłącznie za pisemną zgodą Autora i TMZT.

Skomentuj