Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image
Do góry

Top

Nie skomentowano

Ulice mego miasta

Ulice mego miasta

Kolejny wpis w Bedekerze Trzebnickim to litera U, jak ulice. Garść refleksji o ulicach naszego miasta spisała dla nas p. Anna Jełłaczyc.

Kiedy weszłam na spis ulic Trzebnicy (na stronie: wykaz.iwai.pl) zdziwiłam się, jak wielu ulic swojego miasta nie znam. Być może niektórymi z nich nieraz spaceruję, nie zwracając uwagi na tablice z oznaczeniami? Niemniej uczciwie przyznaję, że wiele nazw – spośród 126 tam istniejących – jest mi po prostu nieznanych. Są jednak ulice, które bliskie są memu sercu i o nich właśnie chciałabym nadmienić słów kilka.

Pamiętam, jak z lubością zaczytywałam się w cyklu „Uliczki mego miasteczka” – autorstwa pana Wojtka Kowalskiego – publikowanym w latach (bodaj) 2008-2010, na łamach Tygodnika Lokalnego NOWa Gazeta Trzebnicka. Pan Wojtek – który jest również pomysłodawcą obecnego Bedekera Trzebnickiego – potrafi w piękny sposób wplatać nić historii w gobelin teraźniejszości, a do tego okrasza to szczyptą miłości, refleksji i humoru. Można więc powiedzieć, że o uliczkach naszego miasteczka zostało już powiedziane wiele – o ile nie wszystko – a jednak postaram się dołożyć jeszcze kilka groszy od siebie, o zabarwieniu czysto subiektywnym.

Ulica, a właściwie ulice, od których muszę zacząć – nie widzę innej opcji – to ulice: Głowackiego i Wąska. I choć od 19 lat już tam nie mieszkam, to nadal w moim sercu zajmują pierwsze miejsce, są mi najbliższe i to właśnie o nich myślę: „moje ulice”. Dlaczego obie? Głowackiego – albowiem tutaj spędziłam pierwsze 19 lat swojego życia, a Wąska, będąca odnogą ul. Głowackiego, jest jakby jej integralną częścią, pomostem pomiędzy ulicą a podwórzem, gdzie kiedyś skupiało się całe życie towarzyskie (czego dzisiejsze pokolenie nie doświadcza już w takiej formie i w takim kształcie, a szkoda…).

Przy ulicy Głowackiego znajduje się siedziba Straży Pożarnej. Dawniej widniał nań olbrzymi numer alarmowy 998, niestety po remoncie elewacji został ściągnięty. Szkoda, bo był to ciekawy i potrzebny element. Kilkanaście metrów dalej – w stronę Rynku – mieścił się Klub-ik Spółdzielni Mieszkaniowej, słynący z wielu ciekawych inicjatyw (m.in. spotkań Klubu Grającego Krążka – o którym więcej opowiedzieć może Pan Wojtek Kowalski, organizator), obecnie powstała tam trójpoziomowa, multifunkcyjna Galeria ZdrowaSFERA (otwarta w styczniu 2018 r.). Są również dwie prywatne kamienice, w jednej z nich mieści się zakład fotograficzny.

Gdyby zapytać mnie, z czym najmocniej kojarzy mi się ta ulica, odparłabym, że… ze śmigusem-dyngusem. Gdzie bowiem mogą lać najmocniej wodą? Oczywiście tam, gdzie są sikawki strażackie! 🙂 Z kolei ul. Wąska kojarzy mi się z akcją, którą my, dzieci tamtej okolicy, przeprowadziliśmy w latach dziewięćdziesiątych. Kierowcy nie chcieli przestrzegać znaku wskazującego na to, że jest to uliczka jednokierunkowa. Jeździli jak im się chciało, co przeszkadzało nam, dzieciom, w zabawie latem i jeździe na sankach, zimą (bo w tamtych czasach zimą padał jeszcze śnieg i były siarczyste mrozy). Stanęliśmy więc z tasiemką i zagradzaliśmy drogę samochodom, które pragnęły dostać się „na skróty”, pod prąd. Nie brakowało kierowców, którzy starali się przestraszyć „niesforne dzieciaki”, ale my nie odpuszczaliśmy, notując numery rejestracyjne takich „delikwentów”. W tej samowolnej próbie wymuszenia praworządności wspierali nas z okien co niektórzy sąsiedzi.

Przy okazji podzielę się ciekawostką, której dowiedziałam się podczas „Spaceru ulicami dawnej Trzebnicy” (zorganizowanego przez Towarzystwo Miłośników Ziemi Trzebnickiej w 2012 r.). Ulicą Wąską (obecnie) płynęła (niegdyś)… rzeka. Z tego co pamiętam, to aż do miejsca, gdzie dzisiaj mamy park – Plac Pionierów Ziemi Trzebnickiej.

Dzieciństwo jednak przemija, na każdego czeka młodość i następnie wyzwania dorosłości. Nie inaczej było ze mną. Nadszedł czas wyprowadzki. Później mieszkałam kolejno: przy ul. Księdza Dziekana Wawrzyńca Bochenka (około roku) – na wprost komisariatu policji, w Rynku (czternaście lat) – na wprost ratusza, przy ul. Henryka Pobożnego (trzy lata) – przy ołtarzu polowym i Bazylice oraz przy ul. Św. Jadwigi (obecnie), i to – z pewnością – nie koniec mojej tułaczki. Wciąż szukam „naszego miejsca”.

To właśnie w maleńkiej, wynajętej kawalerce – przy sercu miasta, ratuszu – poczułam, że powinnam podzielić się z innymi miłością do naszego miasta, pulsującą w moim sercu. Siedziałam na balkonie, noc pachniała latem, zaduchem ciepłego asfaltu i tęsknotą za zielenią, i tam poczęły spadać na mnie – desantem – pierwsze wiersze o Trzebnicy. Ja ich nie ułożyłam, ja je po prostu wyłowiłam z ciszy trzebnickiej nocy. One tam były, krążyły ponad głowami nocnych marzycieli, wystarczyło po nie sięgnąć, wyplątać je z włosów, pozbierać z posadzek, z elewacji, z płyt chodnikowych, ławek i trawników. Spróbujcie nastroić się na odbiór, otworzyć na artyzm, miasto samo do nas mówi, ono pragnie, by kolejne pokolenia dokładały nowe cegiełki do tego, co już było, co zostało stworzone. Miasto pragnie ciągłości: pielęgnacji korzeni i rozwoju nowych przestrzeni. Wtedy naprawdę żyje.

Będąc w Rynku warto zajrzeć do Muzeum Regionalnego – tam również można poczuć jedność przeszłości z teraźniejszością, a dba o to niezwykły kustosz, Pan Zbigniew Lubicz-Miszewski. I temu właśnie chciałam dać wyraz w trzeciej części „Kociogórskich bajań”, zatytułowanych „Klucz”. Póki co, również przy ratuszu mieści się obecnie biblioteka miejska. I choć niezwykle cenię i szanuję pracujące tam panie, mam nadzieję – wielką! – że wkrótce biblioteka zostanie gdzieś przeniesiona. Tych kilka niewielkich pomieszczeń to nie jest odpowiednie miejsce dla księgozbiorów. Biblioteka potrzebuje przestrzeni! Książki to wiedza, to rozwój, to otwarcie horyzontów, to bogactwo, kultura i nieograniczona niczym wyobraźnia! Nie można zepchnąć tego do podziemia!!! Wierzę, że wkrótce nasza biblioteka, nasza czytelnia doczekają się należnych im warunków. W końcu książki to nasze okno na świat. A jaki chcemy mieć świat wokół?

Kiedy mieszkałam przy ul. Pobożnego, ceniłam sobie spokój i piękne, krzepiące serce i duszę widoki. Wystarczyło, że wyszłam z domu i od razu znajdowałam się przy błoniach trzebnickich. Żaby rechotały w niewielkim (acz bardzo zaniedbanym, niebezpiecznie zarośniętym i niezabezpieczonym stawiku), pasikoniki dawały głośne koncerty na pachnących zielenią, trawiastych estradach, kwiaty ścieliły się u stóp Małej Ścieżki św. Jadwigi, Winna Góra wabiła swym widokiem. Gwiazdozbiory szemrały wieczorami niesamowite opowieści. Czułam się tam bardzo dobrze. Wielka szkoda, że budynek – stojący na dawnych terenach bagiennych – jest tak przesiąknięty wilgocią, że musieliśmy stamtąd uciekać, by ratować resztki zdrowia (dobytek strawiony został przez wszechobecną wilgoć).

Kolejnymi ulicami, o których chciałabym powiedzieć słów kilka, wiodła moja droga do szkoły. Kiedy zostałam mamą nie mogłam nadziwić się, jak bardzo powtarzalne są zachowania dzieci na przestrzeni wielu lat. Minęło ćwierć wieku, a moje dzieci – idąc do szkoły – wskakiwać chciały na te same murki, na które ja z kolegami i koleżankami wskakiwałam (też idąc do szkoły), wspinać się chciały na te same wzniesienia, zrywać chciały liście i gałązki z tych samych krzaków, z których i ja zrywałam, np. wróżąc: „kocha, lubi, szanuje…” Ulica Polna, Kosmonautów, w końcu Konopnickiej. Codziennie rano mijałam wielki napis na elewacji budynku przy ul. Polnej – wymazany przez kogoś sprayem: „Matura bez propedeutyki”. Jako dziecko zastawiałam się nieustannie: cóż oznacza ten trudny wyraz? Trasa wyryta w moim sercu, nie do zatarcia. Wybrukowana pięknymi wspomnieniami, wydeptana szlakiem przyjaźni, pierwszych miłości, rozczarowań, łez, radości, piosenek. Czas nauki w „Trójce” na zawsze pozostanie w moim sercu jako „wyjątkowy czas”. Przy okazji warto wspomnieć, że w roku szkolnym 2019/2020 Szkoła Podstawowa nr 3 w Trzebnicy obchodzić będzie jubileusz 50-lecia istnienia placówki. Uczęszczała doń moja mama, ja, dzisiaj chodzą tam moi synowie… Co było tam najwspanialszego? Przestrzeń i zieleń, park, szkółki (gdzie zawsze paliliśmy marzannę). Nie wyobrażam sobie, że kiedyś mogłoby tego zabraknąć (a niestety coraz więcej zieleni zmienia się w betonowe place).

Do szkoły średniej z kolei uczęszczałam przy ul. Stefana Żeromskiego. Trzebnickie „kembrydż”, jak mówiło się potocznie, a konkretnie to Liceum Ekonomiczne przy Zespole Szkół Zawodowych. Lekcje wychowania fizycznego mieliśmy na stadionie (ul. Sportowa). Stadion kiedyś, a stadion dziś (Stadion Miejski FAIR PLAY ARENA) dzieli wielka przepaść. Dzisiaj jest to profesjonalny, duży, ogrodzony i oświetlony obiekt, składający się z boiska głównego z murawą, boiska treningowego z syntetyczną nawierzchnią, boiska wielofunkcyjnego oraz zaplecza szatniowo-sanitarnego. I pięknie, że młodzież oraz starsi mają wspaniałe warunki do treningów i rozwoju. W moim sercu jednak ciągle jest rosa i chłód zielonej, soczystej trawy „starego stadionu”, na który przychodziłam o czwartej rano, rozkładałam koc i czytałam książki. Syciłam się ciszą oraz śpiewem ptaków, spijałam z firmamentu pierwsze promienie słoneczne, patrzyłam jak kwiaty rozchylają płatki, czekałam aż miasto przeciągnie się leniwie i jutrzenką przetrze zaspane oczy. Gdy pierwsi działkowicze (można było bowiem tamtędy dojść na działki) pojawiali się na horyzoncie, wracałam do domu. Dzisiaj na stadion wejdziemy „od-do”, ale to właśnie cena postępu (coś za coś). Oczywiście to żaden zarzut, po prostu zawsze miałam duszę outsidera i buntownika, i ceniłam wolność. 🙂

Jako że materiał do Bedekera ma mieć ograniczony format, nie zdążę „przebiec” po wszystkich bliskich mi i ważnych dla mnie szlakach. A przemierzałam ich wiele, bo siedzi we mnie dziki, nieokiełznany, niespokojny, nigdy nienasycony wagabunda. Spróbuję zatem szybciutko przemknąć po niektórych choć zaułkach.

Ulica Oleśnicka – tam, w zamku, mieszkała babcia mojej przyjaciółki. Spędziłyśmy tam wiele ekscytujących dni i nocy. Miejsce to zawsze rozbudzało do czerwoności moją wyobraźnię. Fantazjowałyśmy o zakopanych tam skarbach i szukałyśmy znaków, które doń nas zaprowadzą.

Ulica Obrońców Pokoju – tutaj, w maleńkiej kawalerce, mieszkała moja prababcia, Maria Fedorec (również Pionierka Ziemi Trzebnickiej). Pamiętam drewnianą, przeszkloną szafę i metalowe pudełko, w którym trzymała landrynki i częstowała nimi odwiedzające ją prawnuczki. Pamiętam dziwny zapach, jaki się tam unosił. Zapach starości. Na podwórzu były ogródki (dzisiaj jest tam zlokalizowany parking oraz stoi kiosk z ubraniami, do niedawna miejsce pracy lokalnego zegarmistrza). Uwielbiałam przechadzać się pomiędzy grządkami oraz odpoczywać na ławeczce pod owocowym drzewem.

Kiedy myślę o swoich przodkach, nasuwa mi się na myśl pewien wiersz, który ongiś skleciłam:

Czas
Niegdyś dom tu stał, kwitła śliwa…
Dziś domu i śliwy nie ma – zostały zdjęcia.
Na zdjęciach jeszcze człowieka widać.
Dziś człowieka już nie ma – została pamięć.
W pamięci tej jakieś uschłe strzępki, okruchy, paproszki,
świeżości w niej już nie ma – została starość…
Gdy i jej zabraknie, wszak czas nie stanie…,
gdy skruszy mury, w próchno przemieni drzewo,
w proch – człowieka, wyblakną zdjęcia –
kto wówczas będzie pamiętał?
(T-ca, 20 IV 2013)

Ulica Piaskowskiego – tam, o mały włos, nie zamieszkaliśmy. Rodzice rozpoczęli budowę domu, w zabudowie szeregowej, w pewnym momencie prace jednakże utknęły w martwym punkcie, na długi czas. Dom w stanie surowym odsprzedali, ja jednak zawsze będę pamiętać spękaną glinę, wysuszoną słońcem trawę, sterty piasku (na który skakaliśmy z czegoś, co miało być chyba balkonem), dziesiątki walających się wszędzie gwoździ i żal, wielki żal. Do dorosłych. Nie o dom, ale o szkółki, które karczowane były bezlitośnie. Było to wspaniałe miejsce, pełne magii, tajemnic, umykających cieni, dziwnych odgłosów, bujnej roślinności, czmychających zwierząt, obozowisko Indian (zaczytywałam się wtenczas w powieściach Arkadego Fiedlera) i ukrywających się… niebezpiecznych zbirów (tak podpowiadała mi wówczas bujna wyobraźnia). Dzisiaj pozostała mała namiastka tego i – jak można przewidywać – coraz bardziej nikła będzie w oczach. Ale to również cena postępu i rozwoju… Rozwój jest nieunikniony, ale… wspomnienia też są piękne! 🙂

Ulica Winna. Dzisiaj. Bo kiedyś był to po prostu „Kociak”. Tętnił życiem, zimą i latem. Zimą – wiadomo – bo nie ma większej górki w okolicy, a kiedyś zimy bez sanek nie uświadczyło się. Latem – bo to tam ryło się w glinianych uskokach inicjały tych, w których skrycie się podkochiwało. „M.L. + Ł.N. = W.SZ.M”. Tam opalało się w wysokich trawach, tam układało się teksty piosenek i wierszy, tam łapało się traszki, tam – w końcu – słuchało się dobrej muzyki czy szalało, świętując rozpoczynające się wakacje (sławetne „Zloty Czarownic”). Dużo dobrego robił tam pan Roman Chandoha, wraz ze Związkiem Strzeleckim, uporządkowując zaśmiecone tereny. Te czasy już chyba nie wrócą. Dzisiaj omawiane są różne inne koncepcje zagospodarowania tego wyjątkowego miejsca (to tutaj bowiem odkryto ślady Homo Erectusa). Co z tego wyjdzie – czas pokaże. Ja – przyznam szczerze – kocham to miejsce za jego dzikość i naturalność!

Ulica Leśna. Przemierzałam ją wzdłuż i wszerz przez cztery lata, co drugi dzień, pracując w recepcji hoteliku i domków kempingowych. Dzisiaj nie ma już domków kempingowych, nie ma restauracji Holiday, nie ma basenu otwartego. Na miejscu mojej dawnej pracy stoi piękny, ekskluzywny, czterogwiazdkowy hotel. Na miejscu basenu – gdzie przez jeden sezon pełniłam funkcję bileterki – stoi wspaniały, nowoczesny obiekt sportowo-rekreacyjny Gminny Park Wodny TRZEBNICA-ZDRÓJ. Nikomu już nie przychodzi do głowy jeździć zimą po stawach (na łyżwach), gdyż mamy specjalne do tego celu, bezpieczne lodowisko. Jest amfiteatr, są tężnie solankowe, deptak i jest to chyba główny trakt spacerowy trzebniczan. Zmieniło się tak wiele, ale nadal aktualny jest wiersz, który skleciłam dziesięć lat temu:

Jest taki staw
gdzie zmęczone słońce
po dniu całym
głowę w pościeli czerwonej układa
rechotem żab ukołysane
bajką zaszumianą w okolicznej buczynie
na spoczynek udaje się
by jutro znów
– skoro świt –
zbudzić śpiącą
Trzebnicę
(11.07.08)

Trzebnica budzi się każdego dnia po to, by nas zachwycać, inspirować, wodzić na pokuszenie, zaskakiwać, prowokować i rozkochiwać w sobie, wciąż na nowo. Przemierzajmy więc jej ulice, jej szlaki, z sercem na dłoni i otwartymi zmysłami, ażeby wyłowić z codzienności to, co najszlachetniejsze. Nie pozwólmy pośpiechowi ograbiać nas z cennych chwil, bo to z nich później tkać będziemy najpiękniejsze wspomnienia. A wspomnieniami dzielmy się z bliskimi, nie zabierajmy ich ze sobą ani na ulicę Spokojną, ani na Prusicką. Niech żyją. I niech przypominają kolejnym pokoleniom, że Trzebnica jest piękna, coraz piękniejsza i naszym wspólnym obowiązkiem jest dbać o to, by zawsze tak było.

Autor: Anna Jełłaczyc

Skomentuj