Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image
Do góry

Top

Nie skomentowano

Stolarz i Poeta

Stolarz i Poeta

Zaledwie kilka tygodni temu, pod koniec maja, odnaleziono jego ciało. Był człowiekiem nietuzinkowym, stolarzem …i trzebnickim poetą.

Wojciech Franciszek Złomek urodził się 9 stycznia 1954 roku. Dzieciństwo i wczesną młodość spędził w Ustce. Od roku 1977 był mieszkańcem Trzebnicy. Z zawodu był stolarzem. Ukończył Szkołę Stolarstwa Meblowego, a przedtem Szkołę Budowy Okrętów.

Stolarzem był wyjątkowym. Meble powstające na bazie jego autorskich projektów trafiały do prestiżowych lokali użytkowych: restauracji, hoteli, na ekskluzywne jachty (we Francji) oraz do klientów indywidualnych, a w każdym z nich można docenić kunszt i precyzję wykonania. Od projektu począwszy, aż po ostatni detal, widać w nich rękę Wojciecha Złomka. Stąd opinie o jego pracach: „Jego wyroby miały klasę, bo w każdym zawarta była spora część jego duszy.”

Jego debiut poetycki miał miejsce w roku 1988, w „Kamenie” i „Kulturze Dolnośląskiej” jednocześnie. W tym samym roku otrzymał nagrodę Warszawskiej Jesieni Poezji. Pisał w latach 1989-1993 ostre satyryczne felietony w dwutygodniku wydawanym przez Bogdana Wróbla „Okolice” i dodatku do tej gazety „Kocie Góry”. Nagradzany był na wielu innych konkursach literackich. Jego wiersze ukazywały się w takich pismach literackich jak; „Więź”, Życie Literackie”, „Integracje”, „Okolice” i innych. Jego wiersze i opowiadania znaleźć można w kilku antologiach. Pisał także recenzje i publicystykę kulturalną i społeczną.

Wydał dwa tomiki poetyckie: „Alibi na dwa popołudnia” (z autorskim projektem okładki) – w 1990 r. i „Stałe pory dnia” – w 1994 r. Ten ostatni tomik sam zilustrował i były to ilustracje „krzyczące” – ekspresjonistyczne, adekwatne do treści wierszy. W Gdańsku w 1993 r. wyróżniono go specjalną nagrodą za szczególne walory literackie w konkursie na opowiadanie. Jego wiersze i opowiadanie ukazały się w wydanej w grudniu 1993 r. w Szczecinie antologii „Zakwitnę różą”. Na podstawie tych tomików, program 2 Polskiego Radia zrealizował słuchowisko poetyckie: „Jeżeli będziesz przyjacielu Hiobie ….” Współpracował też z redakcją rozrywki 3 programu PR. Pisał tam przez dwa lata teksty satyryczne.

Był poetą niepokornym, bezkompromisowym, „czarno-białym”, nie kłaniał się modom, płynął pod prąd, jego krótkie teksty poetyckie, pełne goryczy i sarkazmu, wypełniał smutek i cisza, ale była to cisza przed eksplozją, wybuchem długo tłumionego bólu.

Latami walczył z chorobą alkoholową i tą walkę niestety ciągle przegrywał. Czasem przypominał kloszarda bez nazwiska, adresu, miejsca zamieszkania. Znaleziono go w Trzebnicy pod koniec maja 2018 roku. Ludzie odchodzą, słowa zostają…

Zbigniew Lubicz-Miszewski

Wybór wierszy Wojciecha Franciszka Złomka

ROZMOWA
Z KSIĘCIEM HENRYKIEM
NA DOBRYM POLU POD LEGNICĄ

powiedz mi Książę o śmierci rycerza
śmierci zimnego żelaza i krwi czystej
o umieraniu godnym i pewności Nieba
i o aniołach szybujących na krzyku
ludzkim nad pobojowiskiem

powiedz mi Książę o twarzy człowieka
który śmierci otworzył twoje ciało
czy oblicze to było nienawiścią życia
dumą wojownika
czy zaledwie dzikie

powiedz mi Książę… na Dobrym Polu
czy wtedy był poranek czy południe
piekącym słońcem krew twoją warzyło
czy może wieczór szarym kruczym skrzydłem
prosił na Ciszę
a tam w Ciszy czy pozwolono ci zachować
majestat wawrzyn i rozciętą pamięć
ostatniej chwili

powiedz mi Książę… pod Armagedon
Którędy iść
może tam jeszcze
nie przestali walczyć

BAZYLIKA W TRZEBNICY

Klęknąłem
na tym nieokręcie
z świętą Jadwigą na galionie.
Ukołysany niepłynięciem –
płynąłem – kładąc siebie
w dłonie.
Płynąłem.
I żeśmy sypali
popiół milczenia
na swe głowy,
oplątywane niewidocznym
spadaniem kaskad organowych.

Płynę
rachując twarze wiary
i wącham grzechy rozgrzeszone.
Związuję prośby swoje w pary
i wkładam świętej pod koronę.

Płynę
ku swojej małej gwieździe,
świadkując śmierci,
narodziny,
a zegar na bocianim gnieździe
czas mój ćwiartuje
na godziny.

MODLITWA PO CIĘŻKIM DNIU

Dzięki ci Panie za świat jaki jest,
W którym dałeś mi żyć
Dzięki ci Panie za każdy w nim dzień.
Za złe i dobre sny.

Dzięki ci Panie za łzy i za śmiech.
Za pierwszą butelkę wina.
Dzięki ci Panie za ten pierwszy raz,
Którego się nie zapomina.

Dzięki ci Panie za żony mej dłoń,
Którą zamykam w mej dłoni.
I za jej radość, gdy wracam i płacz,
Gdy zapominam o niej.

Dzięki ci Panie za ciężki grzech.
Za wszystkie niespełnienia.
Dzięki za ciszę białą jak śnieg,
I oceany milczenia.

Byłeś mi Panie jak starszy brat,
Co straszył i tulił w noc ciemną.
Dzięki ci Panie że mimo swych lat
Raczyłeś pobawić się ze mną.

Kończy się właśnie mój ciężki dzień
I noc już świta nad rzeką.
Nie każ mi jeszcze do domu iść.
Pobędę tu.
Niedaleko.

Wiersze te dedykuję najważniejszej osobie w moim życiu.

* * *
Aniu.
Daj mi swych spojrzeń tysiąc.
Oddam ci dwa tysiące
Słów o kochaniu.
Zobacz,
Słońce się tobie kłania.
Już pozłociło ci włosy.
Wiosną bzy nosił ci będę,
Jesienią wrzosy.
I kochał będę jak nikt.
W dzień cicho i łagodnie,
Nocami w zapamiętaniu,
Aniu…

* * *
Jest noc.
Jedna z takich nocy
w którą nic wydarzyć się nie może
a wszystkie teorie i prawa fizyki
tracą swoją moc stając się bezużyteczne.
Czas drzwi zatrzasnął i wyrzucił klucz.
Życie milczy a ja pomyślałem
że właściwie nie mam tu nic
do roboty. Zupełnie nic.

Tylko nie mogę sobie przypomnieć
jak ma wyglądać mój
sąd ostateczny.

Z zardzewiałej puszki Pandory
którą już dawno przerobiłem na
skarbonkę wyjmuję jednego obola

wkładam pod język.

Czekam.

(„Alibi na dwa popołudnia”)

* * *
Odysie
nie przyjeżdżaj dzisiaj
my także jeszcze nie jesteśmy
w domu

na ostrzu miecza
tylu mężczyzn – idziemy do siebie
starając się przypomnieć słowa
którymi ludzie o spokojnych
wnętrzach witają wędrowców

(„Alibi na dwa popołudnia”)

STRADIVARI

na co dzień chodził
zaułkami Cremony
wieczorami rozmyślał
czy tam w górze
też słyszą życie
w wolnych chwilach
robił skrzypce
i mówił do surowych pni
potem do kształtu
o tym co widział
rozumieli się

po pracy
kształt i mistrz
spoglądali na siebie
i milcząc
dziękowali sobie

mistrz milczał
teraz jestem mniejszy
niż ty.

(„Stałe pory dnia”)

CZŁOWIEKOWI
(ojcu Kolbe)

Bywało,
że człowiek
zaparł się Boga.
I było mu przebaczone.
Nawet po trzykroć.

Było,
że Pan zaparł się ludzi.
I rozgrzeszył się mówiąc;
To nie jest lud mój.
W ich spojrzeniu
nie ma uwielbienia dla mnie,
ani miłości.
Oni patrzą strachem,
Głodem
I śmiercią bez sakramentu
ostatniego namaszczenia.

Wtedy ludzie wysłali
do Boga
swojego mesjasza,
aby zbawił Pana
i powiedział,
że oni tam na ziemi,
przebaczyli.

(„Stałe pory dnia”)

MODLITWA
(dla Ani)

Dzięki Ci Panie za świat, jaki jest.
W którym dałeś mi żyć.
Dzięki Ci Panie za każdy w nim dzień.
Za złe i za dobre sny.

Dzięki Ci Panie za łzy i za śmiech.
Za pierwszą butelkę wina.
Dzięki Ci Panie za ten pierwszy raz,
Którego się nie zapomina.

Dzięki Ci Panie za Żony mej dłoń,
Którą zamykam w swe dłoni.
I za jej radość gdy wracam. I płacz,
Gdy zapominam o niej.

Dzięki Ci Panie za ciężki grzech.
Za wszystkie niespełnienia.
Dzięki za ciszę, białą jak śnieg,
I oceany milczenia.

Byłeś mi Panie jak starszy brat,
Co straszył i tulił w noc ciemną.
Dzięki Ci Panie, że mimo swych lat,
Raczyłeś zabawić się ze mną.

Kończy się właśnie mój ciężki dzień.
I noc już świta za rzeką.
Nie każ mi jeszcze do domu iść.
Pobędę tu.
Niedaleko.

(Sztokholm, 2. 11. 2001 r.)

PIOSENKA O MIŁOŚCI (dla Ani)
(w nawiązaniu do Leonarda Cohena)

Byli piękni, byli młodzi
I ona i on.
Przysięgali że do śmierci….
(jakoś tak to szło)
Pijmy, póki pełne szkło.
Pijmy.
Póki pełne szkło.

A ich miłość tak gorąca,
Dzisiaj z zimna drży.
I choć z nimi jeszcze mieszka,
Na walizkach śpi.
Pijmy za stracone dni.
Pijmy.
Za pijane dni.

Pijmy i za smutek dziecka
I za pusty dom.
I za kłótnie i za wściekłość.
Za miłości zgon.
Za anioła złote pióra
I za diabła sierść.
Pijmy, za miłości śmierć.
Pijmy.
Za miłości śmierć.

Pijmy jeszcze za demona
Zaklętego w szkle.
I za rozplecione ręce.
Za miejsce na dnie.
Pijmy za złamane serce.
Właściwie za dwa.
Pijmy. Niech agonia trwa.
Pijmy.
Niech agonia trwa.

(Milicz, 4. 03. 2010 r.)

PIOSENKA O POETACH

Dawniej dni migotały jak flesz.
I kończyły się często nad ranem.
Od miłości serca poetom rosły.
Serca dzikie i nieokiełznane.

Ale cóż, tak już jest.
Chociaż wiele spraw szło nie tak,
Warto było urodzić się i żyć, jak
Mawiał niejeden poeta.

Wiosną panny kwitły na szpilkach.
Wizje szczęścia pławiły się w kwiatach.
A poeci trwonili całe to piękno, bo
Istnienia ból ich przygniatał.

Ale cóż, tak już jest.
I chyba się nie zmieni.
Że poeta wypatrzy czarny ślad na
Najzieleńszej z zieleni.

Lato takie że aż parzy w stopy.
Noce ciepłe jak biusty kobiet.
A poetom tak jakby zimno wciąż, bo
Nie ta wena już i nie to zdrowie.

Ale cóż, tak już jest,
Że i pamięć już nie ta.
Zapomina o swoich gorących dniach
Zagubiony poeta.

Jesień wszystko wycisza. Kobiety
Obrastają w tłuszcze przed zimą.
A poeci siwieją i gubią pióra, to
Z żalu, że czegoś znów nie ma.

Ale cóż, tak już jest.
Dzisiaj wszystko już nie to.
Czasem tylko pamięta się że niekiedy
Bywało się poetą.

W zamarzniętej pamięci, lustra
Pogubiły twarze, obrazy i czasy.
Niebo rozpadło się. Piekieł także już nie ma.
A z pegazów zrobili kiełbasy.

Ale cóż, tak już jest.
Dzisiaj trudno uwierzyć,
Że poecie uda się jeszcze raz ukradkiem
Kolejny rok przeżyć.

Dawniej wino, kobiety i śpiew.
Taka życia bywała miara.
Dzisiaj Złoty Kop, czasem szybki numerek.
Dzisiaj .…, gitara i ćwiara..

Ale cóż, tak już jest.
Życie nie trwa wiecznie, niestety.
I ten płomień, co właśnie dogasa, to
Kończy się świeczka poety.

No i cóż, tak już jest.
Życie kończy się kiedyś niestety.
Wkrótce zwolni się miejsce w nieszczęściach, dla
Następnego poety.

Trzebnica, 20. 05. 2015 r

Skomentuj