Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image
Do góry

Top

Nie skomentowano

Spełnione życie

Spełnione życie

Od niedawna mieszkańcy mogą cieszyć się pierwszą na Ziemi Trzebnickiej szkołą muzyczną. Placówce nadano imię profesora Edmunda Kajdasza, zasłużonego muzyka i mieszkańca Trzebnicy. Dziś garść wspomnień o profesorze, opublikowanych niegdyś w Brzasku.

Od kilku blisko lat, w Trzebnicy zamieszkują państwo Krystyna i Edmund Kajdaszowie. Pan prof. E. Kajdasz jest bardzo znaną postacią, o wielkim znaczeniu dla kultury, a przede wszystkim muzyki w całej powojennej historii Wrocławia. Śmiało można powiedzieć, że w tej historii jest jedną z zaledwie kilku osób o tak wielkich zasługach i osiągnięciach artystycznych. Jest założycielem i dyrygentem kilkudziesięciu chórów, które na przestrzeni 40 powojennych lat, na niezwykle wysokim artystycznym poziomie wykonywały muzykę wokalną. Nieocenione są zasługi pana Profesora zwłaszcza w wykonywaniu i utrwaleniu w nagraniach polskiej i obcej muzyki dawnej, jak również popularyzacji muzyki wokalnej na całym Dolnym Śląsku, także w Trzebnicy oraz w rozsławianiu imienia Polski i Wrocławia w całej Europie. Małżonka pana Profesora współpracowała z mężem w jego działalności, będąc także śpiewaczką w prowadzonych przez niego chórach i akompaniatorką, a do tej pory uczy gry na fortepianie we wrocławskich szkołach muzycznych. Poprosiliśmy pana Profesora o opowiedzenie nam  o swojej karierze zawodowej.

Chciałbym opowiedzieć o życiu muzycznym, jednak zacznę nie od tego jak zawsze się zaczyna, ale od tego, że dzisiaj mam 80 lat, by z tej pozycji 80 – latka ogarnąć to co było i co się złożyło na moje życie muzyczne. Może się to okazać interesujące, ciekawe i może komuś sprawić radość, a nawet, jeśli kogoś zezłości, to też jest do przyjęcia, bo trzeba to wliczyć w rachubę kariery i sławy. Proszę państwa, jak mówiłem urodziłem się 80 lat temu w Poznaniu i kiedy miałem lat 12 na mojej drodze życia spotkałem bardzo wielkiego człowieka. Nazywał się ks. dr Wacław Gieburowski. Był dyrygentem słynnego w całym świecie „Chóru Katedralnego” w Poznaniu. Przyjął mnie on wtedy do swojego zespołu, do głosu altowego i tam otrzymałem gruntowne wyszkolenie chóralne, które zdominowało resztę całego mojego życia. To, co dzisiaj osiągnąłem, co udało mi się zrobić, zawdzięczam temu miłemu epizodowi, jakim była trzyletnia przedwojenna praktyka w Chórze Katedralnym ks. W. Gieburowskiego. Udało mi się z nim odbyć dwie podróże zagraniczne. W sierpniu 1936 roku nasz chór został zaproszony na wielki kongres chórów katedralnych z całej Europy do Frankfurtu nad Menem i tam odniósł tryumfalny sukces, bo zdobył I miejsce w skali europejskiej, a wtedy było to równoznaczne z tryumfem w skali światowej. W nagrodę za to osiągnięcie, postanowiono chór z Poznania zaprosić w następnym 1937 roku na światową wystawę do Paryża. Wystąpiliśmy tam jako „ambasodorowie” kultury polskiej i spisaliśmy się znowu tak jak trzeba; odnieśliśmy wielkie sukcesy. Po powrocie do Poznania, zastaliśmy już zaproszenie na wrzesień 1939 r. do odwiedzenia Stanów Zjednoczonych. Niestety wybuch II wojny światowej udaremnił te plany, jak i dalszą egzystencję chóru, bo Niemcy po wkroczeniu do Poznania rozwiązali zespół, a ks. Gieburowskiego, mimo że był wychowankiem niemieckich szkół, aresztowali i umieścili w obozie dla księży. Zmarł potem na raka w 1943 roku w Warszawie. Jego ciało, po chwilowym pochówku na Powązkach, zostało w 1946 roku przetransportowane do Poznania i tam pochowane na Skałce Poznańskiej, na Wzgórzu Św. Wojciecha. W każdym razie jedno wyniosłem z tamtego zespołu. Podpatrzyłem u ks. Wacława Gieburowskiego jego żmudną pracę na próbach, polegającą na szukaniu ideału brzmienia zespołowego, chóralnego i w tym sensie ks. Gieburowski jawi mi się jako „rzeźbiarz dźwięku” i to nieporównywalny. On wspaniale umiał rzeźbić strukturę dźwiękową do swych potrzeb i oczekiwań estetycznych. Toteż całe moje powojenne już dorosłe lata poświęciłem na kontynuowaniu tego, co zaczerpnąłem jeszcze przez wojną. Mianowicie starałem się we wszystkich zespołach, a prowadziłem ich kilkadziesiąt (większość założonych przeze mnie samego), wszędzie „rzeźbić dźwięk” śpiewania zbiorowego, doprowadzić do możliwie najszlachetniejszego brzmienia. I ta rzecz mi się powiodła, udała mi się i to w różnych formacjach chóralnych. Przecież prowadziłem chóry dziecięce, młodzieżowe, żeńskie, męskie i mieszane, amatorskie i zawodowe.

Przed przyjazdem do Wrocławia, w czasie studiów pedagogicznych w Poznaniu zorganizowałem chór drużyny harcerskiej. Była taka moda w Poznaniu po wojnie; raz do roku chóry drużyn harcerskich odbywały spotkanie, połączone z konkursem śpiewaczym. Udało mi się na pierwszym takim turnieju zdobyć czołowe miejsce w skali Poznania. Wiadomo, że Poznań jest kolebką chóralistyki polskiej i w takim towarzystwie zdobyć pierwsze miejsce było ogromnym zaszczytem i radością moją i moich śpiewaków. Kiedy przeniosłem się do Wrocławia, na początki 1951 r., objąłem kierownictwo chóru zawodowego Rozgłośni Wrocławskiej Polskiego Radia i z tym zespołem pracowałem pół wieku. Nagrałem kilka tysięcy kompozycji chóralnych dla archiwum Polskiego Radia. Z zespołem tym występowałem w telewizji, braliśmy udział w różnych imprezach krajowych, między innymi w połowie lat 50. wzięliśmy udział w festiwalu Warszawska Jesień, z utworami kompozytorów współczesnych, polskich i obcych. Występowaliśmy również w różnych miastach polskich m. in. w Krakowie i na Górnym Śląsku.

W latach 1951 – 2 otrzymałem stypendium od ówczesnych władz NRD na studia w zakresie chóralistyki w Berlinie, Weimarze, w Dreźnie i w Lipsku – mieście bachowskim, u prof. Guntera Ramina, u którego poznałem problematykę wykonywania motetów bachowskich; później wszystkie motety nagrałem na płyty z zespołem Cantores Minores Vratislavienses. Te dwie płyty stanowią bardzo znaczącą pozycję w moim dorobku fonograficznym. W latach 50. założyłem duży zespół chóralny, chłopięco – męski przy katedrze wrocławskiej, który głównie brał udział w oprawie nabożeństw w katedrze, a także występował z koncertami w różnych miejscowościach dolnośląskich. W 1966., kiedy przypadała rocznica tysiąclecia państwa polskiego , założyłem chór Cantores Minores Vratislavienses, złożony z moich wychowanków, uczniów liceum muzycznego. Wcześniej jeszcze kształciłem ich w klasach podstawowych tej samej szkoły. I kiedy już dorośli i złożyli egzaminy maturalne, powołałem ich do śpiewania w zespole Z Wrocławskimi Kantorami odwiedziłem wszystkie liczące się sale koncertowe w Europie, tak, że było nas wszędzie pełno. Nagrałem tylko z nimi 25 płyt muzyki dawnej i nie tylko. W latach 70. założyłem jeden z kolejnych zespołów dziecięcych, nazwałem ich Wrocławskie Skowronki Radiowe. Z nimi odbyliśmy kilkanaście podróży zagranicznych. Odwiedziliśmy m. in.: Węgry, Czechosłowację, NRD i dwukrotnie ZSRR. Z tym zespołem nagrałem mnóstwo dobrych utworów wykonywanych unisono z towarzyszeniem fortepianu, w których to nagraniach sekundowała mi moja małżonka Krystyna Puchała – Kajdasz. W latach 60. i 70. prowadziłem chór męski Cantilena. Z tym chórem nagrałem kilka udanych płyt, odbyłem podróż na turniej chórów do Arezzo w Środkowych Włoszech. Zdobyliśmy tam II miejsce – srebrny puchar.

Panie Profesorze, prosimy opowiedzieć jeszcze, jak to się stało, że zostaliście Państwo mieszkańcami Trzebnicy i co sądzicie na temat nowego miejsca zamieszkania?

Zacząłem moje wypowiedzi od tego, że mam 80 lat. Oczywiście jestem już od wielu lat na emeryturze, moja małżonka również zaczyna pobierać emeryturę i oboje razem zatęskniliśmy za jakimś cichszym miejscem pobytu. Wrocław wydawał nam się stanowczo za duży. My, którzy zwiedziliśmy całą Europę i w wielu stolicach europejskich koncertowaliśmy we wcześniejszych latach, zatęskniliśmy razem za miejscowością niedużą. Tą miejscowością wydała nam się i słusznie – Trzebnica. Jest to miejsce, które bardzo mnie urzekło, zresztą nie tylko mnie, bo wcześniej przed kilkunastoma laty, ukończywszy studia lekarskie, mój szwagier i jego żona, zdecydowali się na pracę w Trzebnicy i są tutaj lekarzami. Mój szwagier nawet dokonał wielkiego wyczynu, bo zbudował tutaj nowy szpital im. św. Jadwigi, tak że jest to już pomnikowa wartość, dożywotnia w jego życiu. Zdążyłem już nawet być pacjentem tego szpitala. Muszę powiedzieć, że jesteśmy zachwyceni Trzebnicą z wielu względów. Praktyczne, codzienne sprawy, jakimi są zakupy w sklepach – przecież to jest rozkosz obcować z tak kulturalną i chętną obsługą, jaką znajdujemy w Trzebnicy. Powinienem coś powiedzieć o urokach miasta, ale to jest powszechnie wiadome. Natomiast nasze uznanie w osobistym odczuciu jest dla mieszkańców Trzebnicy. Jesteśmy po prostu zauroczeni uprzejmością tych ludzi. Podziwiamy również jeszcze jedną sprawę: mianowicie wszystkie dziewczyny w wieku już dojrzałym, chodzą wyprostowane „od stóp po szyję”, są bardzo zgrabne, miały widocznie znakomitych nauczycieli w.f., którzy zadbali o dobrą postawę tych dziewcząt. Trudno znaleźć przystojniejsze dziewczyny niż trzebniczanki! Samo miasto jest wartością samą w sobie. Ma piękne kościoły: bazylikę z klasztorem, kościół św. Apostołów Piotra i Pawł, starszy jeszcze od bazyliki. Jeszcze jedno dodam. Jestem urodzony w październiku, a ludzie urodzeni w tym miesiącu powinni kochać pogodę niepozbawioną wiejących wiatrów i tego tutaj w Trzebnicy mam pod dostatkiem przez cały okrągły rok. Piękne są okolice Trzebnicy i otaczające ją wzgórza. Mamy działeczkę na wzgórzach Grunwaldu, na której można zapomnieć o istnieniu wielkich aglomeracji miejskich, o istnieniu wielkomiejskiego życia. Na tej działeczce, w otaczającej mnie zewsząd przebogatej, wspaniałej przyrodzie, odkryłem również wypełniającą wszystko obecność Boga, zmuszającą mnie do refleksji nad miejscem, które moja skromna egzystencja w tym bogactwie zajmuje. Tam naprawdę jest pięknie. W otaczającej Trzebnicę przyrodzie można się zakochać dozgonnie. Chciałbym na koniec powiedzieć, że kiedyśmy się z żoną przenieśli do Trzebnicy, mieliśmy do czynienia z wieloma urzędami, musieliśmy załatwiać wiele formalności i wszędzie napotykaliśmy nieporównanie uprzejmą i sprawną obsługę. Byliśmy załatwiani z miejsca, bez czekania, bez kolejek. W Trzebnicy w ogóle nie istnieją kolejki! Nie ma nawet tej zlikwidowanej wąskotorówki – a tej  szkoda… Wszystkie urzędy są obsadzone przez ludzi niezwykłej uprzejmości i gotowości wychodzenia naprzeciw petentowi i klientowi. To jest wspaniałe.

Profesor, który na czas emerytury wybrał Trzebnicę, ze względu na zły stan zdrowia nie bywał na wrocławskich salonach, rzadko odwiedzał sale koncertowe.

Dnia 12 października 2007 r., w sali widowiskowej Trzebnickiego Ośrodka Kultury, Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Kazimierz Michał Ujazdowski podczas koncertu Wrocławskich Kameralistów wręczył złoty medal „Gloria Artis” znakomitemu artyście Edmundowi Kajdaszowi, wielkiemu chórmistrzowi i dyrygentowi, twórcy i wieloletniemu dyrektorowi artystycznemu Cantores Minores Vratislavienses. Koncert miał szczególnie uroczysty charakter. Podczas wieczoru wystąpił chór Cantores Maiores Vratislavienses. Medale brązowe „Gloria Artis” (najwyższe polskie odznaczenie dla twórców kultury, które otrzymali m.in. Andrzej Wajda, Krzysztof Penderecki, Ryszard Kapuściński, Magdalena Abakanowicz) otrzymali również najbardziej zasłużeni chórzyści zespołu: Tadeusz Zathey i Lech Templin.

W czasie uroczystego koncertu burmistrz Burmistrz Gminy Trzebnica Marek Długozima złożył deklarację, że wystąpi o nadanie profesorowi godności Obywatela Honorowego Miasta Trzebnicy. Rada Miejska w Trzebnicy 29 grudnia 2008 r. chcąc wyróżnić Osobę Profesora Edmunda Kajdasza i wielkie dzieła Jego życia oraz utrwalić w pamięci współczesnych i przyszłych pokoleń trzebniczan, mocą uchwały z dnia roku nadała profesorowi Edmundowi Kajdaszowi tytuł Honorowego Obywatela Trzebnicy. Niestety profesor nie dożył do uroczystości nadania tego tytułu, zmarł w Trzebnicy, w wieku 85 lat, 16 stycznia 2009 r.

21 stycznia 2009 r. w Trzebnicy pożegnaliśmy profesora Edmunda Kajdasza. Uroczystości żałobne odbyły się w środę 21 stycznia. W czasie Mszy św. w bazylice śpiewał chór złożony z byłych wychowanków i chórzystów profesora Kajdasza pod dyrekcją Tadeusza Zatheya. W bazylice Marek Dyżewski – pianista i muzykolog w imieniu wrocławskiego środowiska muzyków podsumował dzieło życia profesora Kajdasza. Powiedział, że każdy człowiek ma wartość tylko wtedy, gdy jest darem dla innych. Profesor Kajdasz był darem dla muzyki wrocławskiej. Już od początku swojej działalności, gdy dyrygował chórami młodzieżowymi uwrażliwiał młodzież na piękno muzyki polskich kompozytorów. Poprzez audycje radiowe i koncerty chórów (m.in. Cantilena, Chór Katedry Wrocławskiej, Chór Chłopięcy Liceum Muzycznego i Cantores Minores Wratislavienses), transmitowane przez studio radiowe Polskiego Radia we Wrocławiu, powstało jedyne w swoim rodzaju autorskie dzieło sztuki – poznaliśmy prawie cały dorobek polskich i europejskich kompozytorów, który był emanacją jego talentu i kreatywności. W okresie najbardziej twórczym Edmund Kajdasz był we Wrocławiu obok Jerzego Grotowskiego największą indywidualnością. Jan Paweł II uważał, że ponieważ każdy człowiek stworzony jest na obraz i podobieństwo Boga, to powinien stworzyć ze swego życia arcydzieło. Kajdasz tworzył piękno poprzez swoje dzieła, ale też jednocześnie tworzył siebie – dokonywał aktu transgresji – przekroczenia granic, przerastając siebie i innych dyrygentów, bo to, co było dotąd zapomniane, nieznane czynił znanym. Jego chór Cantores Minores Wratislavienses zaprezentował najważniejsze utwory chóralistyki od mistrzów średniowiecza do współczesności. Kajadasz „odgrzebał” zapomniane utwory Henryka Mikołaja Góreckiego i Mikołaja Gomółki. Cofnął o parę wieków historię polskiej muzyki wynajdując stare utwory. Dbał o nasze muzeum wyobraźni. Otworzył przed nami nowe obszary muzyki, pokazał np. w poszczególnych cyklach pełny obraz – całość dorobku Mikołaja Gomółki – 120 psalmów. W imieniu wszystkich melomanów słuchaczy muzyków środowiska wrocławskiego Marek Dyżewski podziękował profesorowi Kajdaszowi za setki arcydzieł w fascynujących nagraniach, za ukazanie piękna dzieł muzycznych, za wzór, jaki nam dał: jak profesjonalnie uprawiać muzykę. Słowo „żegnaj” to w różnych językach można przełożyć na: Bogu bądź polecony, Bogu Cię polecamy! Od dzisiaj dane Ci jest zachwycać się muzyką anielskich chórów.

Uroczystości żałobne zakończyły się na Cmentarzu Komunalnym przy ul. Spokojnej, gdzie w otoczeniu wielu wychowanków, licznych wrocławian i mieszkańców Trzebnicy chór zaśpiewał Psalm 77 Mikołaja Gomółki – Pana ja wzywać będę.

Piotr Kołodziejczyk, Wojciech Kowalski

 

Skomentuj