Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image
Do góry

Top

Nie skomentowano

PAZUR czyli R jak Reaktywacja

PAZUR czyli R jak Reaktywacja

Dziś w Bedekerze Trzebnickim czas na nieco historii najnowszej. Wiele osób z pewnością do dziś pamięta urok rockowych brzmień i porywającą atmosferę festiwalu PAZUR. Impreza doczekała się po latach reaktywacji. Po czym odeszła w mroki zapomnienia.

“3 lipca (sobota) 2010 roku to dzień, który zapisał się w historii miasta Trzebnica, wskrzeszając na moment żar dawnych lat.”Tak o tym pisał organizator – Fundacja Promocji Artystów „La Villa Strangiato” – na swojej oficjalnej stronie: „Będzie to reaktywacja festiwalu, który odbywał się w latach 80 ubiegłego stulecia w naszym właśnie mieście. Ponoć PAZUR to skrót od Przeglądu Artystycznych Zespołów Uprawiających Rocka – i tak niech zostanie. Co prawda reaktywowany festiwal przewiduje również muzykę bluesową, ale myślę, że nie będzie to powodem do zmiany całej nazwy (…) Pierwsza część dnia będzie częścią konkursową, natomiast wieczór będzie należał do koncertu finałowego z udziałem zespołów, które zajmą pierwsze trzy miejsca oraz gwiazdy, która swym występem zakończy imprezę”. Wcześniej ogłoszono również konkurs na logo: „Ogłaszamy konkurs na logo cyklicznej imprezy PAZUR Festiwal w Trzebnicy. Zwycięski projekt zostanie nagrodzony oraz stanie się znakiem firmowym reaktywowanego festiwalu po wsze czasy. Logo powinno nawiązywać do Kocich Gór, dlatego też ewentualny graficzny motyw pazura powinien być pazurem kocim. Tyle uwag – czekamy na propozycje”.

Zwycięski projekt logo

Niestety w tym czasie nie prowadziłam jeszcze bloga, zatem nie spisałam swoich spostrzeżeń i emocji. A co nie spisane, to z czasem wietrzeje z pokoi pamięci. Z całą pewnością mogę za to powiedzieć, że to podczas tych koncertów pierwszy raz usłyszałam Tomka Kowalskiego z jego ówczesnym zespołem FBB. Zachwycona byłam potężnym głosem, barwą i emocjami, które się w nim kryły. Stał się jednym z moich ulubionych lokalnych artystów (i tak pozostało po dziś dzień).

Finalistami przegląd zostali: POTH (People of the Haze), No Pesos, FBB (Fama Blues Band). Wisienką na torcie był występ legendarnego zespołu Armia (kiedyś już u nas grali, w pięknych czasach, gdy koncerty odbywały się na naszym Kociaku).

Rok później, 10 września 2011 roku, znowu spotkała się grupa zapaleńców, by wspólnie pomuzykować i spędzić miło czas w klimacie rock and rolla. Trzeba nadmienić, że fundacja miała nie lada zadanie, bo aż 77 zespołów nadesłało swoje zgłoszenie. Po kilkudziesięciu godzinach przesłuchań udało się wybrać finałową dwunastkę. Były to następujące formacje muzyczne:
1. Trzynasta w Samo Południe | Wrocław
2. Wolf & The Motherfuckers | Wrocław
3. Grupa Podwyższonego Ryzyka | Wrocław
4. Killsorrow | Kraków
5. Koniec | Poznań
6. Mirash | Bytom
7. HOA | Wrocław
8. The Colonists | Ząbkowice Śląskie
9. Nurth | Dobroszyce
10. Suckers Train Blues | Kraków
11. Veal | Mieroszów
12. Splot | Syców/Wrocław

Tym razem festiwal odbył się przy pałacu w Strzeszowie (gm. Wisznia Mała). Na terenie parku, w wydzielonym miejscu, można było rozbijać namioty. Dodatkową atrakcją było również całonocne „after party” przy wielkim ognisku.

Z tego roku zachowała się na moim blogu (pisanka-jean.blogspot.com) fotorelacja:
Z Pazurem dookoła Strzeszowa…

Kiedy piszę te słowa, zza okna spogląda na mnie pyzata, księżycowa buzia. Wciągam w nozdrza ciepłe, pachnące ostatkiem lata powietrze i czuję, jak przepełniać zaczyna mnie żal…

Co ja robię tutaj, podczas gdy na strzeszowskich błoniach muzyka porywa do tańca wiatr, wplata się czule w konary drzew i melodią hipnotyzuje wody taflę? Wspaniale współgrać musi księżyc zbliżający się ku pełni z atmosferą festiwalową. Nie mnie jednak otulać się urokiem strzeszowskiego wieczoru… :

Cóż, macierzyństwo czasem znaczy: swoje potrzeby i pragnienia pod poduszkę… Okryte woalem „na bardziej sprzyjające okoliczności”.

Muszę przyznać, że kiedy miejsce organizacji Pazur Festiwalu przeniesiono z Trzebnicy do Strzeszowa, nie bardzo było mi to w smak. Naocznie przekonałam się jednak, iż park przy strzeszowskim pałacu ma w sobie moc magii i nieodparty urok. Może dojazd tam nie jest zbyt komfortowy, niemniej z pewnością nie jest to koniec świata. Z Wiszni Małej śmiało można „uderzać z buta”. Świadkiem maluczkie trzewiczki moich pięciolatków.

A oto dowód na to, że miejsce to faktycznie może zauroczyć: <tutaj w pierwotnym tekście (na blogu) są zdjęcia>

    Niestety moja relacja pozostanie mocno okrojona. Dane mi było wchłonąć dźwięki zaledwie czterech kapel. A właściwie to trzech, bowiem czwarta ledwie musnęła moje przewody słuchowe. Szkoda, że w tymże czasie publiczność nie dopisała i zespoły nie miały okazji zaistnieć w świadomości szerokiego, pazurowego grona. Wszystkim nieobecnym żal powinien ścisnąć co nieco, albowiem prezentowana twórczość nacechowana była ekspresją i zmysły podrywała do pionu. Tym bardziej, że nawet pogoda łaskawie dziś postanowiła potraktować festiwalowiczów i okazała względy w całej swej krasie.

Na przeglądach pierwsi zwykle nie mają łatwo. Pora jeszcze nie ta, by publika rozgrzana była do czerwoności i choć zespół dwoi się i troi, dialog „scena-pod sceną” jeszcze nie do końca iskrzy… Niemniej chłopaki z The Colonists całkiem przyzwoicie odegrali swoje sceniczne role.

Następnie pazurowymi dechami zawładnęli bezsprzecznie megazakręceni Wolf&The Motherfuckers, mistrzowie „heavy metylu”. Przyznam, że nie jestem znawczynią, ni koneserką owego gatunku, jednakże wielki plus dla bandu za wtłoczenie we mnie przekonania, że naprawdę rajcuje ich to, co popełniają. Energetyczni, dynamiczni, żywiołowi, impulsywni, z werwą i impetem. Charakterystyczni: wpadający w oko, a w uszach zostawiający kalifornijski posmak. Była ikra w tym, co zaprezentowali.

Trzecim zespołem była wrocławska Grupa Podwyższonego Ryzyka. Ich zadziorne brzmienie fantastycznie wkomponowało się w hasło: P A Z U R. Moi faworyci tegorocznego przeglądu, bezapelacyjnie! Rozlubowana jestem w ich „estetyce”, cokolwiek miałoby kryć się pod tym sformułowaniem. Lubię jak w taki nieprzejednany sposób, jako alternatywni artyści, potrafią w całości zaistnieć w swojej Muzyce. Choć zachowują się niezwykle skromnie, to od wokalisty aż bucha charyzma, a gitary płoną w ich rękach. Najmocniej zawsze zachwyca mnie warsztat i kunszt pałkera świetny ten ich Trojan, rewelacyjnie wymiata na garach!; GPR na scenie to gwarancja ostrej jazdy! Wiedziałam, że chłopakom uda się rozszaleć (skromną, bo skromną, jednak…) publikę pod sceną. Ale oni zawsze czynią niezłą młóckę!

Niegdyś opisywałam ich tymi słowy: „Jeśli i Ty czujesz nieprzemożone „ciągotki” w stronę szybkiego, prostego brzmienia, niewykluczone, że znajdujesz się w grupie podwyższonego ryzyka osób zagrożonych punkofilią. Nie zwlekaj zatem, tylko przyjdź na koncert GPR i przekonaj się, jak to z Tobą jest naprawdę… Diagnoza (i siniaki) za free. Uwaga! Punkofilia jest raczej niewyleczalna i zaraźliwa przenosi się poprzez przewody słuchowe…”

Kiedy na deski pazurowej sceny wkroczyła intrygująca formacja HOA, niestety nadszedł czas naszego powrotu. Szkoda, bowiem kąsa mnie nieznośna ciekawość, jak zaprezentowali się pozostali wykonawcy?

Z rozrzewnieniem myślę o tym, co akurat dzieje się w Strzeszowie. Nieco rozżalona spoglądam na zegarek i osnuwam się pytaniem: kto też najmocniej poruszy festiwalowe Jury w tejże odsłonie Pazura? W ubiegłym roku moje typy w stu procentach pokryły się z wyborem Organizatorów. Teraz nie było mi dane posmakować twórczości wszystkich wykonawców, niemniej mocno trzymam kciuki za Grupę Podwyższonego Ryzyka. Chłopaki są naprawdę nieźli w tym, co robią!

Zastanawiam się również, czy publiczność zagęściła się i należycie doceniła występujące zespoły?

Na koniec kilka luźnych refleksji i spostrzeżeń:

1. Nijak pojąć nie mogę mentalności naszej lokalnej społeczności. Zwykle z ust sączy się jad, że „w tej naszej dziurze to nic się nie dzieje”. Ale jak już się „zadzieje”, jak poda nam się to na tacy, to gardzimy kulturalną strawą. Frekwencja zwykle nie zachwyca, nie zadziobujemy się o imprezowe okruchy. Szkoda, bo to z pewnością nie motywuje Organizatorów do podejmowania trudu częstszych inicjatyw.

2. Mi marzy się, że nasz lokalny Pazur Festiwal rozrośnie się jednak kiedyś do godnych rozmiarów. Tak licznie jeździmy na inne festiwale, podczas gdy dano nam możliwość „zbudowania” swego własnego, wykreowania go podług swoich potrzeb. Wstęp za free, pod samym nosem nieomal, darmowe pole namiotowe w przeuroczym miejscu, kawał dobrego grania czegóż chcieć więcej?

No, ja bym troszkę podsunęła: większa promocja w mediach (niekoniecznie jedynie lokalnych), co niestety wiązać może się z koniecznością pozyskania szerszego grona sponsorów. Podstawienie choć jakiegoś busika, który dowiózłby ludzkość z Trzebnicy i zagwarantował powrót (boć nie każdy może pozwolić sobie na całonocne after party). Obok gastronomii chętnie widziałabym także kramy z rękodziełem, których zwykle nie brak na innych festiwalach to urozmaicenie, możliwość zakupu niebanalnych i oryginalnych wyrobów (uczestnicy), gratka by zaprezentować swój talent (wystawiający), okazja do podreperowania festiwalowego budżetu (organizatorzy).

3. Byłoby miło, gdyby wprowadzono możliwość przyznania „nagrody publiczności”.

4. Jako, że zawsze targam ze sobą Małe Dwa Ogonki, dla mnie niezwykle istotna jest gwarancja poczucia bezpieczeństwa. Zasugerowałabym zapewnienie zaplecza medycznego. Może w ubiegłym roku pani pielęgniarka nie miała rąk pełnych roboty, niemniej czułabym się pewniej, gdyby taki punkt ambulatoryjny gdzieś nieopodal się znajdował. Wszak: nigdy nic nie wiadomo…

A poza tym to: tak trzymajcie! Pazurze rośnij w siłę!”

Dodam, że zwycięzcami zostali: Wolf & The Motherfuckers, Nurth (z Eweliną Lisowską na wokalu), Grupa Podwyższonego Ryzyka.

Jak widać po latach, większości wykonawców udało się wybić z przekazem do szerszej publiczności, na poziomie ogólnokrajowym, a nawet i poza granicami kraju. Jak dla mnie jeszcze tylko chłopaki z No Pesos nie zostali należycie docenieni i dostrzeżeni w ogólnopolskich mediach. To pewnie kwestia czasu. O ile wrócą do grania po tym szyldem, bo – obecnie – działają w różnych składach (m.in. w Cranie). Pod jakąkolwiek nazwą by nie grali, życzę im wszystkiego najlepszego, bo są naprawdę świetni w tym, co robią!

Niestety nie doczekaliśmy festiwalu w roku 2012. Reedycja okazała się być sprawą na tyle problemową (przypuszczam, że chodziło głównie o finansowanie), że umarła śmiercią naturalną. I choć trwało to ledwie dwa lata, to wzbudziło w środowisku – młodszej i starszej młodzieży – wiele emocji i wiele tęsknot. Tęsknot za tym, co było kiedyś. A kiedyś – rzec można – Trzebnica była prawdziwą enklawą dla undergroundowej młodzieży i miłośników „grania z pazurem”.

Aby to zrozumieć, musimy wsiąść do wehikułu czasu i cofnąć się o jakieś trzydzieści lat…
Nie udało mi się ustalić, kiedy konkretnie powstał pomysł utworzenia festiwalu, ale prawdopodobnie był to rok 1987 (ewentualnie 1988). Jako że ja wówczas dopiero przerabiałam pierwsze czytanki, a na dodatek nie wiedziałam jeszcze co to punk rock, gdyż byłam wówczas fanką zespołu Roxette, oddaję głos osobie, która jest bardziej kompetentna niż ja. Pani Alicja Płóciennik-Zięba: „Byłam wówczas pracownikiem etatowym Trzebnickiego Ośrodka Kultury, kierownikiem działu artystycznego. Dyrektorem domu kultury był Pan Feliks Mułka. Tak, to prawda, byłam pomysłodawczynią festiwalu Pazur. Z założenia miała to być impreza cykliczna. Czy to faktycznie był skrót od Przeglądu Amatorskich Zespołów Uprawiających Rocka? Już nie pamiętam, na pewno założenie było takie, żeby było to „granie z pazurem”. Mieliśmy zapraszać zespoły grające w pobliskich ośrodkach kultury, współpracujących z nami, żeby młodzi muzycy mogli wyjść ze swoich garaży i zaprezentować się szerszej publiczności.

Pamiętam, że pierwszy przegląd organizowałam z trzęsącymi się kolanami. A już prawdziwy szok przeżyłam, gdy zobaczyłam ten ich taniec pogo. To była „nowość”, wielu z nas nigdy wcześniej tego nie widziało. Pod sceną był siwy dym. Było to też niebezpieczne, ze względu na stan starych podłóg. Zresztą nie tylko. To były inne czasy, trudne czasy. Młodzież była nabuzowana emocjami. Baliśmy się zadym, kłopotów, tego, że w pewnym momencie sytuacja wymknie się spod kontroli i ci młodzi ludzie rozniosą ośrodek kultury.

Bardzo chciałam wraz z Andrzejem Markiewiczem zrobić coś szczególnego, jeśli chodzi o całą oprawę, dekoracje; ubiegałam się, żeby było jakoś inaczej niż podczas dotychczasowych koncertów. I wymyśliliśmy, żeby na scenę wpuścić tę specjalną mgłę suchy lód. W tamtych czasach ciężką sprawą było zdobycie tego. Poza tym potrzebne były specjalne pojemniki styropianowe (zachowujące odpowiednią temperaturę) do transportu i przechowywania. Bardzo się staraliśmy, żeby wszystko dobrze wyszło, chcieliśmy puścić tę mgłę gdzieś na początku, na końcu, albo w środku show, ale… niestety okazało się, że pojemniki były nieszczelne i wszystko wyparowało. 

Kiedy w 2010 roku zobaczyłam reaktywację festiwalu, uśmiechnęłam się, że ktoś wraca do tego, co kiedyś stworzyliśmy. Niestety wówczas nie miało to szans na powodzenie, bo czasy ku temu były nieodpowiednie”.

Dzięki pomocy kilku osób (DZIĘKUJĘ!) udało mi się dotrzeć do archiwalnych materiałów. Jednym z nich jest fanzin „Brama”, z roku 1988, opisujący przegląd PAZUR. Fanzin ukazywał się głównie we Wrocławiu, ale jeden z współtwórców, Artur Korzeniowski, dodaje: „(…) z racji zaprzyjaźnionych grup mieliśmy dostęp do „redakcji” oraz możliwość współtworzenia. Fanzin powielany był na xero”. Oto opis festiwalu: „Trzebnica, 7. 10. 88 r., godz. 17.00. Rozpoczyna się kolejny Przegląd Amatorskich Zespołów Uprawiających Rocka „PAZUR”. Przyjeżdżają kapele w Wrocławia i Legnicy. Atmosfera zapowiada się OK.

Jako pierwszy wjeżdża na scenę „BATALION-0” (podobno z Wrocławia), prezentując muzykę lekką do strawienia, czyli trochę rocka i awangardy.

Po nich występuje trzebnicki „KAROLEK”. Prawdziwa nazwa kapeli brzmi „THE NATURA.T”. Grają punk rock and rolla oczywiście na luzie, szkoda tylko, że bez basisty, który wyjechał do NRD. Zastąpił go jednak inny dobry bas. Przy scenie pokazują się punki i zaczynają tańczyć pogo.

Następna kapela to „ZENEK AND CENTRALNE OGRZEWANIE”, także z Trzebnicy. Występ ich był nieudany i nie ma o czym pisać. Muszą jeszcze trochę popracować i ustalić skład, bo obecny to voc. i g-bas., a pozostali członkowie są z innych kapel.

Po nich miał zagrać „PLUTON”, lecz nie dojechał. W zamian przybył z Legnicy zespół „PARTIA BOGA”. Chłopcy grali dość dobrze, choć muzyka ich była mało przekonywująca.

Wreszcie przyszła kolej na „LIBAN” z Wrocławia. O tej kapeli można napisać wiele dobrego. Pokazali się z dobrej strony, potrafili rozbawić publikę. Zagrali czystego punk rocka. Ta kapela sprawiła nam niespodziankę, pokazując, jak się teraz gra muzykę określoną tym mianem.

Na zakończenie przeglądu zagrała trash metalowa „NUCTENERON”. Po długim strojeniu i ustawianiu własnych garów, w końcu zagrali. Po wysłuchaniu pierwszego numeru stwierdziłem, że prawdopodobnie grają kawałki „Slayera”. Nie można ich pochwalić, gdyż perkusista się gubił, a reszta grała totalną rąbankę.

Przegląd zakłóciło parę incydentów. Można tu wymienić jeden poważniejszy. Otóż, na przegląd wtargnęła grupa „gibałów”, czyli ludzi z kręgu dyskotek, którzy koniecznie chcieli zepsuć atmosferę panującą na sali. Skutkiem tego były krótkie spięcia i liczne bójki po zakończeniu koncertu.

Cały „PAZUR” trwał 3,5 godz. Zaletą tego przeglądu było to, że był on bezpłatny, podobnie jak wcześniejsze imprezy. Nie był to najlepszy przegląd, lecz zapraszam wszystkich na kolejny „PAZUR”, który odbędzie się prawdopodobnie w listopadzie lub grudniu. Korzeń”

O tym przeglądzie (PAZUR 13. 05. 1989 r.) Tomasz Bochenek, ówczesny pracownik TOK-u, zatrudniony na etacie plastyka, współorganizator przeglądu, pisze tak: „To był niestety pogrzeb „PAZURA”: wjazd był biletowany, spora część kapel głosiła nazistowskie hasła, milicja pilnowała porządku podczas koncertów i cała impreza była jednym wielkim nieporozumieniem i klęską finansową domu kultury; dostałem niezłą reprymendę od mojej pani kierowniczki i TOK nie wysupłał już więcej ani grosza na organizację koncertów w czasach PRL-u… Amen”.

I tym oto sposobem zakończyła się w naszym miasteczku pewna epoka, coś, co miało dla ówczesnej młodzieży naprawdę duże znaczenie. Oczywiście młodzi muzycy i koneserzy undergroundu nadal działali, koncertowali w piwnicach, garażach, kanciapach, klubach muzycznych, a jednak czegoś było żal… Za tym CZYMŚ tęsknimy i my, współcześni, bo jak napisał podczas dyskusji na moim profilu Facebook jeden z rozmówców: „Eh, przydałby się jakiś festiwal, albo przegląd takich kapel w DTR; pod tym względem – rock, punk, metal – Trzebnica umarła!”. Amen.

Anna Jełłaczyc, Trzebnica, 2018

Skomentuj