Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image
Do góry

Top

8 komentarzy

Moje wspomnienia

Moje wspomnienia

Następny wpis w Bedekerze Trzebnickim oznaczony literą P, jak Pionierzy. Pani Irena Bromirska opisuje w swoich wspomnieniach m.in. twarde realia życia w czasie wojny i w kraju zawłaszczonym po wojnie przez komunistów.

Urodziłam się 7 listopada 1933 r. w Rawiczu w rodzinie Józefy i Walentego Wierzbickich. Do 1943 roku mieszkaliśmy w Rawiczu. Ojciec w tym roku został zabrany do pracy przymusowej. Ojciec stamtąd uciekł, ponieważ mama była w szpitalu, a ja w wieku 10 lat zostałam sama w domu. Błąkałam się po ulicach, sąsiadki mnie dokarmiały i czesały, bo miałam piękne, długie warkocze. Albo chodziłam do mamy do szpitala, i tam mama dzieliła się ze mną jedzeniem.

W 1944 r. ojciec wraz całym dobytkiem i meblami zabrał nas do Trzebnicy. Zamieszkaliśmy wszyscy w jednym pomieszczeniu. Matka po chorobie zaczęła pracować w tym samym zakładzie gdzie ojciec. Naprawiała – cerowała dziury w workach do zboża, a ja znowu zostałam sama. Błąkałam się po ulicach i po terenie zakładu w którym rodzice pracowali, ale kierownik zakazał dzieciom przebywania na terenie zakładu. Rodzice nie mieli co ze mną zrobić, na szczęście kierownik załatwił przyjęcie mnie do szkoły. Do szkoły chodziłam tylko trzy miesiące, bo byłam prześladowana przez nauczycieli oraz uczniów niemieckich – bili mnie, popychali i wyzywali od „polskich świń”.

Po pewnym czasie przenieśliśmy się do lepszego mieszkania do Świątnik. Tam również spotkały mnie przykrości. Na parterze w tym budynku mieszkała niemiecka rodzina z pięciorgiem dzieci. Jedno z nich było psychicznie chore – trzynastolatek miał makabryczne pomysły – np. wsadził kota z kociętami do worka i porąbał je siekierą w obecności dzieci, albo złapał kurę i ręką wyrwał jej wnętrzności i wypuścił. Po jakimś czasie na podwórzu wziął haczyk do pieca, rozgrzał go na piecyku do czerwoności i podbiegł do mnie by mi wypalić oczy. Na szczęście zobaczył to jego starszy brat i odebrał mu haczyk, a ja uciekłam do mieszkania, zamknęłam drzwi i wystraszona czekałam na rodziców.

W styczniu 1945 roku – pamiętam była to sobota, przechodził tędy front. Rosjanie wkroczyli do wioski późnym popołudniem, a na horyzoncie trwały walki. Niemców już nie było – uciekli do Niemiec. Gdy pierwsza grupa żołnierzy rosyjskich wpadła do wioski, baliśmy się bardzo, zgrupowaliśmy się razem, ale niestety wydarzyła się tragedia, pięciu pijanych ruskich wpadło do domu, porwali dwie młode dziewczyny do pokoju, a rano znaleźliśmy je martwe – zamęczyli je na śmierć.

W wiosce pozostało trochę ludzi, pracowników, ale Rosjanie nie puścili nas z wioski. We wsi pozostało bardzo dużo bydła powiązanego na łańcuchach, bydło się męczyło. Następnego dnia, gdy przyjechali dowódcy nakazano nam zająć się bydłem – wypuścić i nakarmić. Gdy pędziliśmy to bydło drogą ze Świątnik do szosy głównej prowadzącej do Oleśnicy, zwierzęta wpadały do głębokich rowów zasp, bo była to zima stulecia. Mieliśmy jednego konia który ciągnął wóz z naszym dobytkiem. Przeszkodą na drodze były pozostawione na drodze trupy dorosłych i dzieci, które rodzice musieli przenosić na pobocze drogi. Ja ubrana „na cebulkę” siedziałam na wozie przykryta dwoma pierzynami i z przerażeniem i strachem przyglądałam się jak samoloty ostrzeliwały szosę. Po drodze nocowaliśmy w opuszczonych domach. Po paru dniach i krótkich odpoczynkach zmordowani i wykończeni dotarliśmy do Sycowa. W Sycowie zatrzymali nas rosyjscy żołnierze, zabrali wszystkie dokumenty, kazali się zakwaterować i czekać. Nie wiedzieliśmy po co i jak długo. Po paru tygodniach komendę wojskową zlikwidowano, żołnierze rosyjscy wyjechali, a dokumenty przepadły. Z tego powodu mieliśmy bardzo dużo kłopotów, by po skończonej wojnie załatwiać wszelkie formalności.

Z Sycowa wróciliśmy do Świątnik. Osadnicy którzy przybyli do Świątnik z kieleckiego i zamieszkali w tym samym domu co my, oskarżyli ojca ponieważ miał skórzaną kurtkę, że jest Niemcem – chcieli się nas pozbyć i zająć cały dom. Ojca przesłuchiwali w UB (nie miał dokumentów, które przepadły w Sycowie), tak brutalnie, że wybili mu prawie wszystkie zęby i skazano go na dwa lata więzienia (trafił najpierw do Rawicza. potem we Wrocławiu). Po wyjaśnieniu sprawy aresztowano i osadzono tam tego pana, który bezpodstawnie oskarżył ojca.

W 1947 r. przenieśliśmy się do Trzebnicy. Po unormowaniu się władzy polskiej zaczęłam chodzić do Szkoły Podstawowej w Trzebnicy przy ul. Żymierskiego. Po ukończeniu w trybie przyspieszonym, uczęszczałam przez rok do szkoły zawodowej przysposobienia krawieckiego mieszczącej się przy ul. Samarytańskiej. Dyrektorem był tam Roman Gajosiński. Część młodzieży była nastawiona buntowniczo do komunistycznych władz państwowych i Związku Radzieckiego – niszczyli portrety komunistów, darli wycinki z gazet, zawiązała się radykalna grupa która spotykała się na tajnych zebraniach w lesie bukowym. Tam ustalano plany działań. Mieliśmy maszynę do pisania, na której pisaliśmy antykomunistyczne ulotki, które sami redagowaliśmy i rozwieszaliśmy gdzie się dało. Nie umieliśmy dobrze pisać na maszynie do pisania, więc zapisaliśmy się na kurs maszynopisania we Wrocławiu, a rodzicom którzy nic nie wiedzieli o naszej działalności powiedzieliśmy, że szkoła nas wysłała w czasie pierwszych wakacji na kurs maszynopisania.

W sierpniu 1950 r. zorientowaliśmy się, że UB depcze nam po piętach. Gdy wracałyśmy wraz z koleżanką – Mirosławą Sawicką (miałyśmy wówczas po 17 lat), z tego kursu, przy dworcu kolejki wąskotorowej we Wrocławiu zastąpiło nam drogę dwóch rosłych panów i zaprowadziło nas w wąską uliczkę, gdzie czekał samochód z kierowcą (Adamczykiem). Wsadzili nas do auta, okryli nas śmierdzącymi kocami i przywieźli do Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Trzebnicy. Wtrącili mnie na trzy miesiące do piwnicy budynku UB i tu zaczęło się piekło – znalazłam się w małej ciemnej piwnicy (bez światła) z małym zamkniętym okienkiem. Warunki były nieludzkie – bród, smród, „wszy spadały z głowy i odzieży jak mrówki”. Traktowana byłam przez funkcjonariuszy jak stara kryminalistka, znęcano się nade mną fizycznie, moralnie i psychicznie. Z okienka które wychodziło na podwórze dochodził fetor – urzędnicy urzędu tam załatwiali swoje potrzeby fizjologiczne. Ja załatwiałam się do puszek po konserwach a do drewnianej toalety na podwórku prowadzono mnie jak psa na smyczy.

Okazało się, że zatrzymano nas pod zarzutem przynależności do nielegalnej organizacji. W dniu 21 października 1950 r. przeciwko mnie – Irenie Wierzbickiej, Józefowi Czuchnowskiemu i Mirosławie Sawickiej sporządzono akt oskarżenia, przy czym mnie i Sawickiej zarzucono, że: „W czasie od kwietnia 1950 roku do dnia 11 sierpnia 1950 roku na terenie Trzebnicy wraz z innymi należałam do nielegalnej organizacji „Wyzwoleńcy Ojczyzny” mającej na celu usunięcie przemocą ustanowione organa władzy zwierzchniej Narodu i zagarnięcia ich władzy, oraz zmienienie przemocą ustroju Państwa Polskiego, w ramach której brałam udział w zebraniach organizacyjnych, redagowaniu ulotek antypaństwowych i anonimów z pogróżkami”. Józefowi Czuchnowskiemu tym samym aktem oskarżenia zarzucono czyny polegające na przynależności do nielegalnej organizacji „Wyzwoleńcy Ojczyzny” oraz znieważeniu i uszkodzeniu przed świętem 1-go Maja wystawionych publicznie portretów Marszałka Polski – Konstantego Rokossowskiego oraz Stalina (art. 25 Dekretu z dnia 13 czerwca 1946 r. o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy Państwa). W dniu 13 listopada 1950 r. akt oskarżenia wpłynął do Wojskowego Sądu Rejonowego we Wrocławiu, a wymienieni oskarżeni pozostając tymczasowo aresztowani z tym dniem zostali przekazani do dyspozycji Sądu.

Te wydarzenia były bezpośrednią przyczyną zlikwidowana Szkoły Zawodowej w Trzebnicy (przetrwała tylko trzy lata). Roman Gajosiński – dyrektor Szkoły Zawodowej został dyscyplinarnie zwolniony i już nie mógł znaleźć pracy jako pracownik oświaty.

Po trzech miesiącach traumatycznych przeżyć wywieziono nas w kajdankach do więzienia na ul. Sądową we Wrocławiu. 29 listopada 1950 r. otrzymałam wyrok Wojskowego Sądu Rejonowego we Wrocławiu: 5 lat więzienia, utrata praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na 2 lata i przepadek mienia.

W więzieniu we Wrocławiu osadzono mnie w „przejściówce” na kwarantannę. Więźniarki myślały, że jestem córką oddziałowej, ale okazało się że jestem zwykłą więźniarką Współwięźniarki zaraz się mną zajęły, bo wyglądałam jak porzucone dziecko z rozczochranymi włosami i długimi warkoczami. Groziło mi obcięcie włosów „na łyso”. Wyczesały mi z włosów wszy i gnidy. Przeniesiono mnie na stałe do celi nr 68, gdzie przebywałam rok. Po roku przewieziono mnie pod eskortą uzbrojonych (z karabinami) milicjantów do więzienia w Grudziądzu. Tu trochę było lepiej, bo pracowało się i można było parę groszy zarobić na „wypiskę”. Pracowałam tam ciężko, jako krawcowa szyjąc na maszynie. Musiałam nadążać z taśmową robotą, bo za zwłokę czekała mnie kara. Rodzice mogli mnie odwiedzać raz w miesiącu, rozmawialiśmy niestety przez kraty. Tam przebywałam do końca aresztu jeszcze półtora roku.

Jedzenie tam było okropne. Rano na śniadanie był czarny chleb (glina) i kubek czarnej gorzkiej kawy, na obiad żółta brukiew z wodą, albo kasza jęczmienna nieraz „okraszona” białymi robakami (trzeba było odgarniać je na bok, by przełknąć parę łyżek tej papki), na kolację to samo co rano.

Na poczet kary zaliczono karę pozbawienia wolności od dnia 21 sierpnia 1950 r. 21 stycznia 1953 r. W ramach amnestii zmniejszono karę do 2 lat i 6 miesięcy więzienia. Dnia 21 lutego 1953 r. zostałam zwolniona z więzienia w Grudziądzu. Z więzienia wróciłam z ciężką nerwicą i zaawansowaną gruźlicą, której skutki odczuwam do dzisiaj.

W dniu wyjścia z więzienia czekała na mnie za bramą więzienia moja mama z bijącym sercem, by zobaczyć swoją ukochaną córeczkę. Radość moja była ogromna, cieszyłam się jak wróbelek wreszcie wypuszczony z klatki na wolność. Niestety radość była krótka, bo jeden z funkcjonariuszy zadrwił z ironią: dzieckiem przyszłaś, a panną wychodzisz, a nie wiesz, że miałaś ojca, ale już go nie masz? To był dla mnie ogromny cios, ponieważ jako jedynaczka byłam bardzo zżyta z ojcem i bardzo go kochałam. Przyjechaliśmy do pustego domu, cały czas nie mogłam uwierzyć w śmierć ojca. Uwierzyłam dopiero wtedy, gdy tego samego dnia na cmentarzu zobaczyłam na krzyżu tabliczkę z nazwiskiem ojca.

Ociec mój Walenty Wierzbicki, który był kowalem, od 1947 do 1953 r. był zatrudniony jako pracownik kolejki wąskotorowej w Trzebnicy. Do jego obowiązków należało rozpalenie w piecu przed wyjazdem pociągu. Na środku wagonu stał żelazny piecyk z wystającą rurą w dachu. Węgiel znajdował się w skrzyni pod wagonem. W tych latach kolejka miała zaplecze techniczne: biura, stolarnię, warsztaty, tokarnię, kuźnię, warsztaty elektryczne. Na stacji stały rzędy wagonów towarowych i osobowych. Na stacji zatrudniony był dyżurny ruchu oraz pracownik z młotkiem sprawdzający przed wyjazdem koła wagonów. Był nim pan Roman Nalepa – bardzo dumny z wykonywanych obowiązków. Ojciec zmarł 1 stycznia 1953 r. w wieku 77 lat po ciężkiej chorobie.

Po przystosowaniu się do nowych warunków życia musiałam szukać pracy, pomogli mi znajomi i przyjaciele. Pierwszą moja pracą była praca w PSS w Trzebnicy. Przepracowałam tam rok. W roku 1953 po badaniu lekarskim okazało się, że mam „prątkującą” gruźlicę płuc i poszłam na zwolnienie lekarskie. Chorowałam rok. Potem krótko pracowałam w Miejskiej Radzie Narodowej za kadencji burmistrza Jerzego Hołdanowicza. Następnie przepracowałam w PZGS w Trzebnicy 28 lat na różnych stanowiskach: w dziale handlowym parę lat, w księgowości oraz w Domu Handlowym Junior w Trzebnicy.

W 1955 r. wyszłam za mąż. Mąż był wieloletnim pracownikiem kolejki wąskotorowej w Trzebnicy. Pracował od 1950 roku do likwidacji lokomotywowni. Pracę rozpoczął przy naprawach torów kolejowych. Po paru miesiącach wysłano go na kursy na maszynistów parowozowych. Po jakimś czasie gdy wprowadzono lokomotywy spalinowe zdał egzamin na motorniczego lokomotyw spalinowych. Jeździł na trasach: Trzebnica – Przodkowice, do Żmigrodu. W Przodkowicach były rozjazdy i „mijanki” do Milicza i Sulmierzyc. Jeździł kilkanaście lat, następnie awansował na głównego majstra warsztatów i parowozowni. Po likwidacji parowozowni, mąż przeszedł na emeryturę. Zmarł po ciężkiej chorobie w 2010 roku w szpitalu w Trzebnicy.

Przeżyliśmy razem 55 lat. Mieliśmy jednego syna, syn zmarł w wieku 52 lat w 2006 roku. Zostawił trójkę dzieci, które wraz mężem wychowaliśmy do okresu pełnoletniości.

Po przejściu na emeryturę w 1980 r., po pięcioletniej przerwie, za namową koleżanki zatrudniłam się w trzebnickim Domu Kultury na pół etatu jako starsza księgowa – kasjer. Pracę tę wspominam z sentymentem – pracowałam w miłej, koleżeńskiej atmosferze i z dobrym kierownictwem. Niestety miałam nieszczęśliwy wypadek i musiałam zakończyć pracę w Domu Kultury.

Obecnie mieszkam sama, jestem na zasłużonej emeryturze i proszę Boga o zdrowie, dobrych przyjaciół i o pamięć.

Autor: Irena Bromirska

Komentarze

  1. Daniel

    W każdym mieście powiatowym powinny być w rynku, albo w gminie wystawki ze zdjęciami ubeków i listą ich brudnych czynów, tak, jak IPN zrobiło kiedyś we Wrocławiu. Takie brudasy i szubrawcy niszczyli bezkarnie życie Polaków, jak pani Ireny. Zabranie emerytur to za mało. Powinni być publicznie napiętnowani, jak pedofile.

    • Kubaaa

      To prawda! IPN powinien dawno zrobić akcję promocyjną POZNAJ SWOJEGO UBEKA. ubeki mieszały w życiu niewinnych ludzi, więc nie powinny w pełni korzystać z przywilejów demokracji!!!!! A ofiary i ich rodziny powinny wiedzieć co te bękarty robiły, pisały, mówiły przeciw nim i poznać ich facjaty!!!!

      • Asia

        Pani Ireno, dziękuje za ten tekst. Młodzi nie zdają sobie często sprawy, jak to było za komuny. Jak ubecja deptała i niszczyła ludzi. Zamknąć 17-latkę w więzieniu za nic. Takie gady nie zasługują na litość.

  2. Michau

    Panowie i Panie! Ubecy, esbecy i innej maści funkcjonariusze opresyjnego totalitarnego systemu, którzy swoją postawą przeciw współobywatelom udowodnili swoją lojalność wobec wrogiej Polsce i Polakom ideologii muszą w Polsce, państwie demokratycznym podlegać społecznej kontroli. To jest konieczne, żeby była sprawiedliwość. Teraz wielu żyje sielankowym życiem, prowadzi firmy, prosperuje. Nigdy nie zapłacili ceny, za to co zrobili swoim ofiarom. Ale na szczęście nic w przyrodzie nie ginie.

  3. Bea

    Brawo Pani Ireno za te wspomnienia. Jest Pani wspaniałą pozytywną osobą, pomimo tego, co Panią spotkało. Dużo zdrowia!

  4. trzebniczanin

    Jak ktoś śłużył komuchom i był komuchem, to władza suwerennej Polski nie powinna mu ufać. W razie zagrożenia ze strony Rosji ubecy pierwsi polecą do “swoich”. Według mnie to potencjalni sabotażyści i uśpione zaplecze wojny hybrydowej. Nie mówiąc o tym, że mogą szpiegować dla swej matuszki. Państwo w imię bezpieczeństwa obywateli powinno skrupulatnie rozliczyć i kontrolować każdego ubeka, zwłąszcza tych lepiej sytuaowanych, także tworząc odpowiednie mechanizmy sprzyjające społecznej kontroli. Stworzyć ofiarom możliwość łatwego i szybkiego dochodzenia odszkodowań bezpośrednio z ich prywatnych kieszeni. A gdyby zaczeli fikać, to nałożyć takie drakońskie kary, żeby do śmierci gnili w kiciu.

  5. Szeregowy

    Terytorialsów się wyszkoli przeciw sabotażystom i wrogom narodu:)

    • Polska jest Polska!

      zanim uciekną do ruskich, niemców, na Słowację, albo do gdzieś do Estonii!

Skomentuj