Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image
Do góry

Top

Jeden komentarz

Dom i ogród rodzinny

Dom i ogród rodzinny

Litera D – kojarzy mi się z moim domem rodzinnym węgierskim w Trzebnicy, który stworzyła dla mnie i brata nasza droga Mama Sara Ilona Rzewuska z domu Schurina – rodowita Węgierka.

Ten dom rodzinny powstał przy ulicy Willowej 14, na parterze. Tutaj przyjechała Mamusia ze mną z Węgier we wrześniu 1946 roku i tu zamieszkaliśmy w domu przygotowanym dla nas na nasz przyjazd przez Tatę Napoleona Wacława Rzewuskiego, który pracował wtedy w Trzebnicy jako komisarz ziemski.

Nasz Ojciec był przez 6 lat internowanym żołnierzem na Węgrzech, gdzie poznał naszą Mamę i tam 14 lipca 1943 roku w Szil odbył się ślub polsko-węgierski w obecności kapelana wojsk polskich ks. Rutkowskiego.

W lipcu 1945 roku Ojciec wyjechał z pierwszym transportem internowanych żołnierzy do Polski szukać rodziny i przygotować dla nas w kraju miejsce zamieszkania. Ja urodziłam się na Węgrzech w Szil i po wielu staraniach Ojca sprowadzenia nas do kraju, udało się nam dopiero po roku wyjechać z Węgier z ostatnim transportem polskich rodzin.

Tu na ulicy Willowej w Trzebnicy Mamusia nie znająca jeszcze języka polskiego urządziła pięknie mieszkanie z werandą i ogrodem w duchu węgierskim. Było tam wiele pamiątek rodzinnych, makatek z cytatami węgierskimi. Kuchnię węgierską z pikantnymi potrawami, a szczególnie z ostrą papryką chwalili przybywający tam goście, a Mamusia próbowała uczyć się języka Ojca.

W październiku 1946 roku przyjechała tu też babcia Eugenia Korczak Rzewuska z domu Newelska z córka Marią, które były przez 6 lat na zsyłce na Syberii w Kazachstanie. Babcię z córką i Jej siostrę z córką w kwietniu 1940 roku Sowieci wywieźli ze Lwowa na Syberię. Synowie wtedy byli internowanymi żołnierzami na Węgrzech a najmłodszy syn był na szczęście poza domem i uniknął tej wywózki.

Po wojnie po wielu poszukiwaniach udało się Ojcu w Szczecinie w transporcie z Syberii odnaleźć Matkę z Siostrą i sprowadził je do Trzebnicy. Lata stalinowskie były bardzo trudne dla naszej rodziny. W 1950 roku urodził się mój brat w maju, a w styczniu 1951 roku władze UB wysiedliły nas z ulicy Willowej na ulicę Sienkiewicza, na szczęście udało się rodzinie otrzymać przydział na ogród przy ulicy Kościelnej.

Mamusia dalej prowadziła dom w duchu węgierskim. Tutaj przy pianinie śpiewane były i grane pieśni, czardasze, a nas dzieci Mamusia uczyła języka węgierskiego. Uczyliśmy się czytać i pisać kartki do dziadków na Węgry. Stąd też po latach zostaliśmy tłumaczami i przewodnikami dla turystów w tym języku, co owocuje do dnia dzisiejszego, a Mamusia nauczyła się języka polskiego i też była tłumaczem i przewodnikiem. Ojciec też znał dobrze język węgierski.

W Święta Bożego Narodzenia u nas wg zwyczaju węgierskiego choinkę przynosił nam i ubierał Aniołek. Wieczorem po usłyszeniu dzwonka, mogliśmy wejść do pokoju, gdzie jarzyła się świeczkami pięknie ubrana choinka. My wchodziliśmy z kolędą węgierską na ustach „Menybol az Angyal, lejott Hozzatok Pasztorok…”

„Zeszli z Nieba Aniołowie do Was Pasterze…” potem śpiewaliśmy polską kolędę i dzieliliśmy się już opłatkiem wg tradycji polskiej, na Węgrzech nie jest znane łamanie się opłatkiem. Kolacja była dużo skromniejsza od polskiej. Była zupa rybna, karp i ciasto z makiem i orzechami i miodem.

Trzebnica z moich lat dziecięcych jawi mi się jako miasteczko o pięciu tysiącach mieszkańców, tonące w sadach i ogrodach. Ulica Kościelna była cichą ulicą, wyłożoną brukiem, przy której było kilka ważniejszych obiektów. Po drugiej stronie ulicy stoi dom jednorodzinny, w którym mieszkała rodzina doktora Kazimierza Mrożkiewicza. W ogródku przed tym domem przy ulicy Kościelnej 7 rosło siedem brzóz. Poniżej, tuż przy boisku szkolnym Szkoły Podstawowej Nr 1 były ruiny, w których nasza rodzina miała dwie komórki. W jednej ojciec hodował świnię, w drugiej zaś stały bryczka i sanie. Mieliśmy konia Baśkę, którego wypożyczano na niedzielę czy święta z gospodarstwa u państwa Kowalczyków przy ulicy Ogrodowej, gdzie stacjonował, potem koń tam został sprzedany. My dzięki temu mogliśmy jeździć na przejażdżki. Jeździliśmy razem z dziećmi państwa Mrożkiewiczów, Csádeków, Gilów na piknik za miasto, np. do Pawłowa, do Wilczyna, do Będkowa. Obok naszej stajni z pomieszczenia gospodarczego korzystała rodzina państwa Szybów. Za tymi komórkami stał dom, gdzie mieszkali państwo Bronieccy.

Na boisku szkolnym rosły dwie olbrzymie lipy. Tuż za boiskiem szkolnym biegła ścieżka wyłożona krzewami od ulicy Kościelnej do ulicy obecnej św. Jadwigi. Między ulicą Kościelną a obecnymi ulicami ks. Bochenka i św. Jadwigi, za budynkami były ogrody z drzewami owocowymi przylegające do boiska szkolnego.

Wspomnienia z dzieciństwa przeważnie przesycone są aurą tajemniczości i magii. Nasz ogród przy ulicy Kościelnej dla nas, dzieci – mnie i brata Witka – był czarodziejskim ogrodem, naszym rajem dzieciństwa. Mieścił się naprzeciw apteki, za wysokim parkanem. Ogród był mocno zadrzewiony – nic nie było widać z ulicy. Z jednej strony, tuż przy ulicy, stał mały domek niskoparterowy z podwórzem, a z drugiej strony graniczyliśmy na całej długości ogrodu z ogrodem państwa Mrożkiewiczów. Wchodząc z ulicy do naszego ogrodu, tuż za parkanem z dwóch stron był wysoki żywopłot. Po jednej stronie, tuż przy studzience, rósł duży krzak bzu, z drugiej strony wyrosła wysoka jabłoń, z której zbierało się jabłka zbierakiem na długim kiju. Tuż obok była wysoka czereśnia, tzw. „szklanka”, na którą wchodził tylko nasz ojciec, aby zrywać czereśnie. Na wprost był duży krzak dzikiej róży. Idąc w prawo wąską ścieżką, po prawej stronie mijaliśmy wysokie dorodne rzędy malin, a po lewej stronie jabłoń, pod którą była piaskownica do zabaw dla nas dzieci. Dalej rosło drzewo śliwki węgierki, a w głębi drzewo śliwki renklody.
Rząd malin ciągnął się wzdłuż płotu aż do cembrowiny z kranem wody. Przy niej rosła stara jabłoń „złotej renety”, z drugiej strony przy śliwach znajdowały się trzy karłowate drzewa różnych gatunków jabłoni, na które my dzieci umieliśmy wchodzić. Wzdłuż parkanu graniczącego z ogrodem państwa Mrożkiewiczów stała wspaniała, wysoka jabłoń, chyląca się na dwie strony ogrodów, a dalej rosły duże krzewy porzeczek. Przed nimi wysokie krzewy agrestów. Rosło tu też drzewo gruszy, tzw. „klapsy”.

Pod drzewami jabłoni ustawiony był stół (z ruchomym blatem, który zabierało się do domu) oraz dwie ławki. Tam właśnie odbywały się różne przyjęcia ogrodowe. Ja się tam uczyłam, czytałam książki, bawiłam się z bratem. Przynosiło tu się wiklinowe kosze do siedzenia. Często pies sąsiadów Dżek (duży czarno-brązowy, długowłosy wilk) przeskakiwał przez płot i wpadał do nas.

Tuż na granicy naszych ogrodów rosły dwie małe wisienki. Dotąd sięgał nasz ogród, przy granicy stała ławka, gdzie przesiadywali nasi Rodzice, goście i sąsiedzi. Od tej granicy właścicielami ogrodu byli państwo Krystyna i Jan Gilowie (zastępca dyrektora banku), mieszkający na drugim piętrze w banku naprzeciw ogrodu. Ich dzieci – Jadzia, Tereska, Hania i Janek byli naszymi świetnymi kompanami do zabawy. Na środku między ogrodami stała czereśnia, która wcześnie owocowała i na nią chętnie wchodzili Witek, Jasiu, Hanka, Tereska. Tutaj też był wspólny „warzywniak”, w którym na grządkach rządziły moja mama, pani Gilowa i pani Csádekowa. Ja tutaj uczyłam się plewić grządki. Na początku ogrodu państwa Gilów rosła piękna dorodna magnolia, którą wykarczowano, bo zajmowała dużo miejsca i była już stara.

W trzeciej części ogrodu stykającej się ze ścianą budynku szkoły rosło dużo starych owocowych drzew. Tam było bardziej ponuro. Ten ogród należał do państwa Janiny i Zbigniewa Csádeków. Mieli oni dwie córki Anię i Elę, które się z nami bawiły i brata Bogusia. Ten ogród ciągnął się aż do obecnej ulicy św. Jadwigi. Na granicy tych ogrodów rosło potężne drzewo, nie pamiętam czy to była lipa, czy kasztan, pod którym była wielka dziura i jakieś lochy. Nie wolno nam było się tam zbliżać i bawić.

Państwo Mrożkiewiczowie mieli czworo dzieci. Grzesiek dużo starszy od nas robił nam często różne psikusy, Hania – moja starsza koleżanka i młodsza Marynia, z którymi często się bawiłam, a także Wojtek, kolega Witka. Aptekarz – pan Kubicki miał wnuka Mareczka. Tak więc ta cała czereda dzieci razem bawiła się z nami w tych ogrodach.
W ogrodzie za domem państwa Mrożkiewiczów rośliny i drzewa były posadzone w kwartałach, które spełniały swoje role. Tuż przy domu były klomby z różnymi kwiatami i krzewami, które kwitły od wiosny do późnej jesieni. Drugą część ogrodu można by nazwać „owocową”. W niej bowiem rosły wzdłuż ścieżek porzeczki: białe, czerwone, czarne oraz agrest. Po bokach rosły drzewa owocowe: jabłonie, śliwy, czereśnie, wiśnie, które owocowały od wczesnego lata i też do późnej jesieni. Były tam także odmiany zimowe, głównie jabłka i grusze, które zrywało się i przechowywało w piwnicy. Był też za klombami kwiatów trawnik, który służył nam do zabaw, niezbyt duży, otoczony krzewami orzecha laskowego i drzewem pigwy. W tyle ogrodu była część warzywno – gospodarcza ukryta za krzewami orzechów laskowych. Tu hodowało się drób i uprawiało warzywa, które wystarczały na potrzeby domu.

Były tu świetne kryjówki do zabawy w chowanego. Pod „papierówką” stawialiśmy namiot, a spadające w nocy jabłka napędzały nam strachu. Były to stare piękne ogrody poniemieckie, stąd tyle było tu dobrych gatunków drzew i krzewów.

Życie towarzyskie naszych Rodziców toczyło się w ogrodzie. Przybywali tu różni goście, znane osoby w Trzebnicy. Byli to przede wszystkim lekarze i aptekarze ze swoimi dziećmi. Tu się pojawiali między innymi Wojtek i Kuba Firkowscy. Z domów przynosiło się półmiski z różnymi smacznymi potrawami. Dorośli i dzieci bawili się świetnie. My często bawiliśmy się w teatrzyk, a na nasze spektakle zapraszaliśmy dorosłych. Nasi Rodzice i goście dużo śpiewali, pan Jan Gil lubił grać na harmonii, było bardzo wesoło. Nasza Mamusia marzyła o tym, aby wybudować tutaj mały letni domek. Do ogrodu zapraszaliśmy naszych gości, w tym przyjeżdżających z Węgier, którzy nas odwiedzali. Byli u nas dziadkowie z Węgier w 1955 r., potem wujek Arpad z córką Enikó z Budapesztu, czy też wujostwo Sarika i Zoltan z Miskolca. To była dla nas oaza spokoju, ciszy i radości. Z gośćmi chodziliśmy do pustelni w Lesie Bukowym, jeździliśmy bryczką po okolicy, czy też jeździliśmy „ciuchcią” do Wrocławia.

Piękne były ogrody za bazyliką, za domami przy ulicy Henryka Brodatego, tam ciągnęły się sady owocowe i resztki pięknych ogrodów. My, dzieci chodziliśmy wszystkie na lekcje gry na pianinie do pani Stanisławy Kamińskiej mieszkającej przy ulicy Henryka Brodatego. Tam, przed wejściem do domu, rosły wspaniałe krzewy kaliny i bzów, a z tyłu były wielkie ogrody i sady drzew z różnymi gatunkami jabłek. A na Kociej Górze, na szczycie rosły krzewy rajskich jabłuszek, a w nich w lecie było dużo chrabąszczy.

Z naszym ogrodem od ulicy Kościelnej graniczył tzw. „dziki ogród”, który ciągnął się aż do obecnej ulicy św. Jadwigi. Po latach zrobiono w nim mały ogród zoologiczny. Wśród zwierząt był tu osiołek, który okropnie ryczał. Przy ulicy Kościelnej na wysokości ogrodu drukarni rósł piękny czerwony buk. Przy ulicy Daszyńskiego na skwerach były piękne krzewy jaśminów.

Liceum Ogólnokształcące otoczone było tzw. „szkółkami” – dzikimi sadami. Obok, przy ulicy Kościuszki, rosły zawsze rzędy starych drzew z kwiatami różanymi. Ulica Obrońców Pokoju miała swój park i bogate zadrzewienia aż do stacji kolei. Teren przed bazyliką był niezabudowany i w latach sześćdziesiątych został obsadzony aleją lipową. Tą aleją dochodziło się prosto do bazyliki.

Po wojnie moja Mama, Węgierka, wspominała zawsze z nostalgią piękną Trzebnicę, tonącą w sadach i ogrodach. Na przykład przy ulicy Willowej, tuż przy wiadukcie szerokiego toru kolejowego stały bardzo zadbane domy z ogrodami, a dalej ciągnęły się łąki pełne kwiatów. Czuło tu się klimat miejscowości uzdrowiskowej.

W pejzaż miasta wpisana również była kolej wąskotorowa, tzw. „ciuchcia”, której stacje Trzebnica Zdrój i Trzebnica Gaj tętniły wtedy życiem. W mieście, w którym wtedy prawie nie było samochodów, można było jeździć konną bryczką na wycieczki.

Wspomnienie moich ogrodów z lat dziecięcych przesłania mi teraz obraz nowego budownictwa. Szkoda, że te wszystkie parki i ogrody zostały zabudowane. Na terenie mojego ogrodu stoi właśnie wielka Hala Sportowa i czar ogrodów prysł…
Tradycje rodzinne zawsze związane są z domem i jego atmosferą, stąd siła domu jest nierozerwalnie związana zawsze z Rodziną, najlepiej wielopokoleniową. Życzmy więc sobie nawzajem aby każdy zawsze mógł się najlepiej czuć w domu swoim i zawsze o nim pamiętać.

Autor: Aleksandra Sarolta Rzewuska

Komentarze

  1. Sabina Jankowska

    Olu, pięknie oddałaś atmosferę tamtych czasów…
    Czytając, nieomal czuje się tamte smaki i zapachy…
    promienie letniego słońca czy krople ciepłego deszczu na liściach…….
    albo świergot ptaków w gęstwinie starych drzew…
    Żal tamtych czasów, miejsc, sadów i ogrodów……………………..
    Dzięki Olu, że zechciałaś, chociaż na chwilę, zabrać nas tam ze sobą………

Skomentuj