Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image
Do góry

Top

Nie skomentowano

Ciężkie więzienie w Trzebnicy

Ciężkie więzienie w Trzebnicy

Rzecz o pomyśle urządzenia przez władze pruskie zakładu penitencjonarnego w pocysterskim kompleksie klasztornym w Trzebnicy opisana w artykule “Ciężkie więzienie dla kobiet w Trzebnicy – niezrealizowany projekt z końca XIX w.”, niegdyś opublikowanym w Brzasku.

Opuszczona i częściowo zdewastowana zabudowa klasztorna w Trzebnicy – na początku lat siedemdziesiątych XIX wieku, a więc niemal równocześnie do wszczęcia przez Związek Śląskich Kawalerów Maltańskich starań dla pozyskania obiektu dla celów dobroczynnych, znalazła się w kręgu zainteresowania ministerstwa spraw wewnętrznych Prus. W prowincji śląskiej już w 1848 r. przedsięwzięto kroki utworzenia ciężkich zakładów karnych „Zuchthausstrafen”. Program był obliczony na wiele lat, można go zatem łączyć z późniejszymi działaniami resortu sprawiedliwości w sprawie wykorzystania budynków klasztornych w Trzebnicy. Projekt dotyczył umieszczenia w obiekcie zarówno sądu, jak i dużego zakładu karnego. Połączenie obu tych odmiennych funkcji we wspólnej siedzibie, było w XIX wieku dość często praktykowane. Najbliższa tego rodzaju instytucja znajdowała się we Wrocławiu, gdzie w nieczynnym klasztorze franciszkanów (Minoritenkloster) przy kościele św. Doroty urządzono Inkwizytoriat (Inquisitoriat), pełniący obok funkcji instytucji prokuratorskiej także penitencjarne.

W przypadku Trzebnicy najważniejszym argumentem Ministerstwa Sprawiedliwości była pilna potrzeba znalezienia nowej siedziby dla sądu powiatowego w tym mieście, bowiem dotychczasowa siedziba była zbyt mała. Zamiarowi temu sprzeciwiał się jednak samorząd miasta i chociaż w zachowanych materiałach archiwalnych brak jest informacji na temat przyczyn niechęci magistratu, można domniemywać, że zasadniczym powodem była obawa o bezpieczeństwo mieszkańców. Nie można też wykluczyć oporu, przynajmniej katolickich samorządowców, przed umieszczeniem instytucji penitencjarnej w murach dawnego klasztoru.

Wobec negatywnej postawy magistratu Trzebnicy, władze sądowe rozpatrywały możliwość odsprzedaży lub odstąpienia budynków w zamian za otrzymanie odpowiedniego obiektu w innym miejscu, a w ostateczności brano także pod uwagę lokalizację zakładu karnego w innej prowincji. Alternatywnie rozpatrywano również przeniesienie do Trzebnicy zakładu poprawczego ze Świdnicy, którego dotychczasowa siedziba była zbyt ciasna.

Koncepcja urządzenia w Trzebnicy więzienia miała duże szanse realizacji, biorąc pod uwagę wielkość obiektu, jednakże poważną przeszkodą były trudności z zapewnieniem odpowiedniej ilości wody dla celów spożywczych, sanitarnych i gospodarczych. Ponieważ według wstępnych założeń projektowany obiekt miał pomieścić nawet ponad tysiąc skazanych, wymóg dostarczenia wody miał zasadnicze znaczenie. Budowa więzienia wiązała się również z koniecznością wykonania robót remontowo – budowlanych. Niemal cała zabudowa poklasztorna prezentowała zły stan zachowania, konieczne było m. in. całkowite przełożenie pokrycia dachowego, wymiana stolarki okiennej i drzwiowej, naprawa murów, gruntowny remont pomieszczeń piwnicznych, wreszcie budowa kotła parowego, pralni i kuchni . Koszt całości prac oszacowano na kwotę od 80 do 100 tys. talarów, co planowane przedsięwzięcie stawiało pod znakiem zapytania. Nie może zatem dziwić powściągliwość administracji sądowej, biorącej pod uwagę budowę zupełnie nowego obiektu. Rozpatrywano także zasadność wspólnego wykorzystania klasztoru przez władze sądowe i opiekę społeczną, co miało uprościć jego utrzymanie i finansowanie.

Obawa przyszłych użytkowników obiektu dotycząca zaopatrzenia w wodę doprowadziła do decyzji w sprawie zbadania możliwości budowy rurociągu. Wizję terenową, wraz z obliczeniem wydajności już istniejących wodociągów, powierzono powiatowemu inspektorowi budowlanemu z Trzebnicy Woasowi. Ustalił on, że dotychczas wodę do klasztoru dostarczano trzema rurociągami. Pierwszy biegł z pobliskiej Polskiej Wsi i zasilał jednocześnie publiczną studnię w obrębie dawnego pastwiska należącego do klasztoru, a także dostarczał wodę do przyklasztornych domów. Drugi wodociąg zbudowano od ujęcia położonego w Lesie Bukowym, który obok klasztoru służył też celom prywatnym. Wreszcie trzeci był odgałęzieniem rurociągu zasilającego w wodę browar, który dawniej należał do klasztoru, a później odkupiony został przez Müllera. Tym ostatnim rurociągiem dostarczano wodę głównie do browaru, a ponadto do prywatnej posesji Branna, toteż pod uwagę należało brać jedynie dwa pierwsze z opisanych rurociągów. Ich przepustowość była znaczna, bowiem pierwszy mógł dostarczyć w ciągu doby 40 780 kwart, a drugi 69 780 kwart, łącznie 110 548 kwart wody. Była to jednak wydajność teoretyczna, w praktyce – głównie na skutek zamulenia dostarczały jej mniej.

Według ówcześnie przyjętych norm, zapotrzebowanie na wodę dla 1 200 osadzonych, na tyle bowiem planowano więzienie, uwzględniając dziennie 15 kwart wody na osobę, wynosiło ok. 18 tys. kwart, a więc nadwyżka była znaczna. Mimo to, przedstawioną opinię „wodociągmistrza” uważał Woas za zbyt optymistyczną, tym bardziej, że nie w każdy roku występował podwyższony poziom wody podskórnej, a nawet w miesiącach o zwiększonych opadach atmosferycznych wody było zbyt mało. Niepokój budziła także jakość wody, w składzie której stwierdzono dużą zawartość żelaziaka czerwonego, istniała zatem pilna konieczność wykonania analizy chemicznej. Szczególną ku temu przesłanką był fakt, że część wody nie pozyskiwano z ujęć podziemnych, ale dostarczano bezpośrednio z pobliskiego stawu. Należało uwzględnić też potrzeby miejscowej zlewni mleka, w której wodę wykorzystywano do schładzania.

Przedstawione wyżej okoliczności wpłynęły na stopniowe odejście od koncepcji budowy zakładu karnego w Trzebnicy, toteż władze więziennictwa równolegle poszukiwały innych odpowiednich obiektów. Potrzeby natomiast zależały od liczby skazanych na karę długoletniego więzienia. Brano pod uwagę budowę nowych obiektów, jak i adaptację istniejących budynków. Obok wzniesienia więzień we Wrocławiu, Strzegomiu i Raciborzu nabyto też zamek w Pilchowicach (Pilchowitz) w powiecie rybnickim. Ten ostatni był filią zakładu karnego w Raciborzu. Kiedy jednak w późniejszym okresie zmniejszyła się liczba skazanych w prowincji śląskiej, mając na względzie interes skarbu państwa, rozpatrywano możliwość likwidacji zakładu w Pilchowicach, i przeniesienie odbywających tam karę więźniów do zakładu w Brzegu.

Koncepcja przeniesienia do Trzebnicy zakładu poprawczego ze Świdnicy powiązana była z planem zorganizowania w opuszczonym budynku, filii zakładu karnego dla kobiet we Wrocławiu. Wysoki koszt adaptacji zabudowy klasztornej w Trzebnicy na więzienie zrodził jeszcze inny pomysł – aby wznieść zupełnie nowy obiekt, specjalnie przystosowany do potrzeb więziennictwa. Argumentem skutecznie hamującym jego realizację był wysoki koszt inwestycji, której wartość oszacowano na sumę 70 do 100 tys. marek.

Działania podejmowane przez resort więziennictwa szły w kilku kierunkach. Kilkakrotnie powracano do koncepcji rozbudowy zakładu w Pilchowicach. Pojemność więzienia wynosiła ok. 100 osób, a potrzeby w tym zakresie oceniano na 500 osadzonych. Koszt jego rozbudowy wyceniono na ok. 2 tys. talarów. Rozpatrywano również zasadność przeniesienia mężczyzn odbywających karę pozbawienia wolności w tamtejszym zakładzie do Raciborza, a w ich miejsce osadzenie kobiet wyznania katolickiego.

W przypadku więzienia dla kobiet pierwszeństwo pozostawiono Trzebnicy, ze względu na korzystne usytuowanie geograficzne i „szereg innych zalet miasta” . Zamiar ten stał się bardziej realny, kiedy sejmik prowincjonalny (Schlesische Provinzial Landtag) odstąpił od przeznaczenia dawnego klasztoru w Trzebnicy na cele resocjalizacji i opieki społecznej (Korections – und Landarmen – Zwecke) . Zbiegło to się ze staraniami ministerstwa sprawiedliwości o nabycie części zabudowy klasztornej na potrzeby sądu powiatowego i ewentualnie sądu apelacyjnego . Pomimo przedstawionej uchwały sejmiku, w korespondencji ministra spraw wewnętrznych do nadprezydenta prowincji, jest mowa o opinii budowlanej w odniesieniu do adaptacji zabudowy klasztornej na potrzeby zakładu poprawczo – opiekuńczego.
Wypracowanie ostatecznej decyzji w sprawie przeznaczenia klasztoru trzebnickiego przeciągało się w czasie.

Rozpatrując wszystkie okoliczności lokalizacji więzienia na pierwszym miejscu podnoszono brak połączenia kolejowego. Zarzutu tego nie odnoszono tylko do utrudnień w transporcie więźniów pomiędzy Wrocławiem i Trzebnicą, ale także wskazywano na negatywne oddziaływanie tego stanu rzeczy na przedsiębiorców. Wysokie koszty transportu drogowego podrażały koszty produkcji, wpływając niekorzystnie na rentowność zakładów. Poddawano także w wątpliwość pojemność samych budynków klasztornych, którą oceniono na 315 osób, którą po ewentualnej rozbudowie można by podnieść do 350 skazanych, co oceniano jako zbyt małą w stosunku do istniejących potrzeb. Poważnym problemem było również dostosowanie zabudowań poklasztornych do wymogów więziennictwa . Ze względów bezpieczeństwa teren musiał być zamknięty, ale jednocześnie obiekt powinien zapewniać odpowiedni dostęp świeżego powietrza i światła dziennego. Niekorzystnie oceniano rozkład pomieszczeń, szczególnie podniesiono zbyt małą odległość między przyszłymi celami i pomieszczeniami mieszkalnymi personelu więzienia. Jak zaznaczył nieznany z nazwiska inspektor wizytujący klasztor: z podobnym bezpośrednim sąsiedztwem (cel i mieszkań: J.G.) w swej dwudziestodwuletniej praktyce jeszcze się nie spotkałem. Jak w takim razie mój poprzednik (wizytator: J.G.) mógł pozytywnie zaopiniować kontrolowany obiekt jest dla mnie zupełnie niepojęte.

Niebagatelną sprawą był koszt adaptacji obiektu, którą wspomniany lustrator oszacował na kwotę 20 do 30 tys. talarów, przy założonej pojemności więzienia od 280 do 300 osób. Obok prac budowlano – remontowych niezbędna była instalacja pieca centralnego ogrzewania dla kuchni i pralni. Do tego należało zabezpieczyć środki na wynagrodzenie dla dyrektora zakładu, personelu, inspektora ds. zatrudnienia więźniów, sekretarza oraz nauczycieli i wychowawców. Końcowa konkluzja inspektora w kontekście wykorzystania zabudowy poklasztornej dla potrzeb więziennictwa była negatywna. Wyniki lustracji wpłynęły na opinię ministra spraw wewnętrznych, który w korespondencji do prezydenta rejencji wrocławskiej, chociaż nie negował samej idei urządzenia zakładu karnego dla kobiet w klasztorze, jednak poddawał w wątpliwość wykonalność całego przedsięwzięcia. Argumentował on, że dostosowanie obiektu do obowiązujących wymogów wiązałoby się ze znacznymi pracami budowlanymi. Pomieszczenia mogące służyć do wykonywania pracy przez więźniów posiadały łącznie powierzchnię od 14 do 15 tys. stóp kwadratowych, co przy obowiązujących normach 36 stóp kwadratowych na jednego więźnia, byłoby niewystarczające dla planowanej liczby 500 więźniów. Około jedna trzecia wszystkich pomieszczeń nie miała wymaganej wysokości, a znaczna liczba cel posiadała niskie sklepienia kolebkowe bądź tzw. klasztorne, utrudniające zabudowę prycz. W gmachu było zbyt mało otworów okiennych, w stosunku do potrzeb. Ze względów bezpieczeństwa wykluczono urządzenia w klasztorze izolatek dla szczególnie niebezpiecznych więźniów, te musiałyby być umieszczone w wolnostojącym pawilonie – w parku. Położenie tego budynku, odizolowane od reszty, utrudniało nadzór, a ponadto sama jego kubatura pozwalała na urządzenie tylko 22 izolatek, co przy założonej ilości więźniów było niewystarczające. Z kolei pomieszczenia sypialne zlokalizowane w 7 dużych salach – na poddaszu głównego gmachu – oceniano jako mało dostępne i trudne do skontrolowania.

Wszystkie przedstawione tu czynniki, rozpatrywane zwłaszcza w kontekście kosztów, które wówczas oszacowano na sumę 136 tys. talarów, czyniło całe przedsięwzięcia nieracjonalnym. Po 1874 r. władze zaniechały dalszych działań dla pozyskania kompleksu poklasztornego dla resortu więziennictwa, oddając inicjatywę boromeuszkom i joannitom. Obiekt prawie w całości przeznaczono na cele dobroczynne, tym samym uchroniono go od pełnienia funkcji penitencjarnej, bardzo odległej od reguły zakonów cysterskich.

Janusz Gołaszewski 

Skomentuj